Bleib Modern

Idle Hands: Kiczowatość jest wpisana w naturę heavy metalu

Wystartowali pod koniec sierpnia 2018 roku z EP-ką "Don't Waste Your Time", która stanowiła niezłe połączenie heavy metalu z gotyckim rockiem. Pojawili się pierwsi fani, pozytywny odzew, a kilka miesięcy temu pełnoprawny debiut - "Mana". Po jego premierze Idle Hands stali się sensacją na metalowym gruncie i jednym z najbardziej obiecujących młodych zespołów. O tym, jak to właściwie jest, opowiedział nam wokalista i gitarzysta formacji - Gabriel Franco.

Łukasz Brzozowski: Nie tak dawno temu zakończyliście trasę po Stanach Zjednoczonych wraz z Kingiem Diamondem. Jak wrażenia?

Gabriel Franco: Chyba cię nie zaskoczę, jeśli powiem, że wciąż nie możemy uwierzyć w to, jaki ogromny dar od losu nas spotkał. Jesteśmy niesamowicie wdzięczni każdemu, kto w jakiś sposób przyczynił się do tego, abyśmy mogli objechać Stany Zjednoczone z samym królem metalu - to wielka rzecz. A sama trasa? Koncerty zagraliśmy jak najbardziej w porządku, a dodatkowo Diamond był dla nas bardzo miły, co skutecznie podbudowywało nasze morale.

 

A jak forma Kinga na scenie? Po jego ostatnim koncercie w Polsce zetknąłem się z mieszanymi opiniami.

Zabawna rzecz, bo też mieliśmy różne przypuszczenia odnośnie jego formy przed tą trasą, ale już pierwszy koncert zdołał je całkowicie rozmyć. To coś cudownego, bo koleś ma sześćdziesiąt trzy lata, a wciąż błyszczy jak w najlepszych czasach. Właściwie każdego wieczoru obserwowaliśmy jego poczynania i trudno było o jakiekolwiek większe obiekcje. Koleś wciąż ma to coś, a żeby było jeszcze lepiej, czuję od niego duży ładunek pasji, miłości do tego, co robi. Chcielibyśmy prezentować się chociaż w połowie tak godnie za kilkadziesiąt lat.

Mieliście taki moment, gdy czuliście, że może zjeść was stres? W końcu nigdy wcześniej nie graliście przed tak popularnym wykonawcą i na tak dużych obiektach.

Nie powiedziałbym. Uważam, że to dosyć naturalna kolej rzeczy dla zespołu, który wciąż się rozwija, więc nie zastanawialiśmy się, czy podołamy, tylko wchodziliśmy na scenę i próbowaliśmy wykrzesać z siebie tyle energii, ile się da. Jasne, pewne różnice w porównaniu z koncertami klubowymi odnotowałem - chociażby wielkość tych wszystkich miejsc. Czasami czułem się tak, jakbym bardziej słyszał publikę niż ją widział, ale koniec końców lokal, w którym gramy, stanowi jedną z najmniej istotnych rzeczy w koncertowaniu. Ogląda nas dużo ludzi? Świetnie. Ogląda nas garstka zapaleńców - też super. Liczy się przede wszystkim żar i zaangażowanie płynące ze strony publiki i muzyków, wszystko inne to sprawy drugorzędne.

 

Od wydania waszej debiutanckiej EP-ki nie minęło nawet półtora roku, po drodze pojawił się pełnoprawny album, a wasza popularność wciąż rośnie. Nie przeraża was to tempo i tak szybki rozwój wydarzeń?

Nie tyle przeraża nas popularność, co związany z nią chaos. Dookoła zespołu dzieje się mnóstwo rzeczy, nie sposób wszystkiego koordynować przez cały czas, ale to dobrze, takiego efektu właśnie chciałem. W przeszłości miałem okazję grać w kilku składach, ale żaden nie wystrzelił specjalnie wysoko, choć uważałem, że powinno być inaczej. Przy zakładaniu Idle Hands dokonałem swoistego przewartościowania pewnych priorytetów i znacznie zmieniłem swoje podejście. W efekcie wszyscy włożyli cały ogrom zaangażowania i ciężkiej harówki, abyśmy jako kolektyw, jako grupa przyjaciół, mogli otrzymywać taki odzew, na jaki zasługujemy i być docenianą formacją. Czy to się udaje? Mam nadzieję, że tak. Udzielamy wywiadów, "Mana" jest recenzowana przez poczytne periodyki, więc radość i satysfakcja z naszej strony są tu jak najbardziej zasadne. Chciałbym jednak zaznaczyć, że nie osiadamy na laurach, nie przestajemy ciężko pracować. W głowach pytamy samych siebie, czy naprawdę zasługujemy na te wszystkie pozytywne opinie i daje nam to motywację do dalszego rozwoju.

To ciekawe - dlaczego mielibyście nie zasługiwać na te wszystkie dobre rzeczy, które was spotkały?

Tu nawet nie do końca chodzi o dosłowną interpretację tych słów. To, co powiedziałem, to taki wabik wewnątrz naszych umysłów, coś, co daje nam siłę do ciągłej pracy nad sobą, nad swoimi umiejętnościami i charakterami. Gdy chwalą nas fani bądź dziennikarze, nie rozpływamy się nad tym, nie bawimy się w narcyzów - tylko jedziemy dalej. Moim zdaniem to całkiem niezła taktyka na to, by wciąż pozostać w twórczym ciągu i unikać zbędnych przystanków. Jeśli jesteśmy komplementowani, niezwykle się cieszymy, ale więcej czasu wolimy spędzić na działaniu w imię kapeli zamiast kolekcjonowaniu dobrych głosów odnośnie naszej działalności.

 

Czyli sukces Idle Hands to tylko wypadkowa waszego talentu i ciężkiej pracy? Bez drobnego udziału szczęścia i bycia w odpowiednim miejscu oraz czasie?

Tak, dokładnie tak uważam, tym bardziej, że słuchają nas różni ludzie i nie mamy jakoś specjalnie dookreślonej, jednolitej grupy fanów. Jedni to wielbiciele klasycznego heavy metalu, inni wolą gotyckie klimaty - przyznasz, że bardzo fajne kontrasty. Dodatkowo, często jesteśmy pytani, czy gramy w zgodzie z jakimiś trendami, czy jesteśmy zespołem o krótkim terminie ważności, na co zawsze odpowiadam stanowcze nie. Nasza muzyka wypływa prosto z serc, w ogóle nie oglądamy się za siebie, a jeśli to wpisuję się w jakąś tam konwencję, nie mamy z tym problemu, ale średnio nas to zajmuje. Od kategoryzowania i szufladek są inni, na pewno nie my.

Odnośnie kontrastów - "Mana" jest jeszcze bardziej nastawiona na gotyk niż wasz debiutancki materiał, a dzięki temu nawet bardziej chwytliwa.

Jeśli tak uważasz, to jestem z tego zadowolony. Sam staram się nie poddawać ocenie bądź jakimkolwiek porównaniom "Many" i "Don't Waste Your Time" z bardzo prostej przyczyny - to moje dzieci, efekt ciężkiej pracy, zaangażowania. Zwyczajnie nie umiałbym do nich podejść obiektywnie, bez bagażu wspomnień, które odgrywają przecież niezaprzeczalnie dużą rolę w życiu artysty. Poza tym coraz częściej spotykamy się z opiniami pokrewnymi do twojej i odczuwamy dużą ulgę.

 

Dlaczego akurat ulgę?

"Don't Waste Your Time", które jest przecież wydawnictwem skromniejszym objętościowo od "Many", tworzyliśmy przez ponad rok. Rok zupełnego spokoju i skupienia tylko na muzyce. W przypadku dłubania przy pełnym albumie, zasuwaliśmy znacznie szybciej, całość materiału powstała w ekspresowym tempie, a do tego dochodziła już promocja, koncerty, setki maili, wywiady i inne takie. Martwiliśmy się, czy połączenie tych wszystkich obowiązków nie wpłynie negatywnie na charakter piosenek, czy nie stępi naszego ostrza, ale w konsekwencji uważam, że tak się nie stało, a - jak widać - słuchacze czują podobnie.

 

Dalibyście radę wydawać nowe materiały w rocznych odstępach, jak duża część metalowych klasyków w latach swojej młodości?

Czy dalibyśmy radę? Wydaje mi się, że tak. Problem w tym, że ciągłe wydawanie albumów w tak krótkim odstępie czasowym mogłoby odcisnąć bolesne piętno na ich jakości, co nie jest specjalnie pożądanym efektem. Jasne, w latach 80. były przecież dziesiątki zespołów, które wydawały rok w rok i po dziś dzień są absolutnymi klasykami. Na przykład Kreator - trzy lata, trzy płyty, wszystkie legendarne. Podziwiam ich moce przerobowe w tamtych latach. Czy my dalibyśmy radę startować z publikowaniem tak dużej ilości płyt w tak krótkim czasie, aby jednocześnie nic nie ucierpiało pod kątem poziomu? Nie wiemy.

W jednym z wywiadów udzielonych po premierze "Don't Waste Your Time" powiedziałeś, że zdajecie sobie sprawę z kiczowatości waszej muzyki. Czy "Mana" jakkolwiek wpłynęła na zmianę tego poglądu?

Nie wpłynęła w żaden sposób. Gramy heavy metal, kiczowatość jest wpisana w naturę tej muzyki. Oczywiście mieszamy go z wpływami innych stylistyk, ale to wciąż heavy metal odgrywa tu najistotniejszą rolę. Nie staramy się myśleć, czy jedno rozwiązanie jest kiczowate bardziej, a może mniej, po prostu tworzymy to, co chcemy, a resztę domysłów zostawiamy sobie na później. O rycerzach nie śpiewamy, więc to może nas wyróżniać z grona innych kapel zakochanych w tradycyjnym metalu, tyle mogę powiedzieć.

 

O rycerzach nie, ale smoki już się pojawiły.

Tak, tu masz rację [śmiech]. Uważam, że "Dragon, Why Do You Cry?" to jeden z lepszych momentów płyty, sam numer powstał dosyć wcześnie, na długo przed sesją nagraniową.

 

Duża część fanów krytykuje twoją formę wokalną podczas koncertów. Uznajesz ich rację czy może sądzisz, że problem nie istnieje?

Problem jak najbardziej istniał, gdy podczas koncertów pełniłem obowiązki jednocześnie gitarzysty i wokalisty. Trochę ciężko mi się śpiewało, gdy musiałem jednocześnie tańczyć w ciemności i "na czuja" kliknąć stopą odpowiedni efekt, a do tego zachęcać ludzi do zabawy. Odkąd tego nie robię, mogę w pełni skupić się na byciu frontmanem, a moje możliwości wokalne uległy dużej poprawie, tak przynajmniej sądzę.

 

Nie drażni cię to ciągłe porównywanie Idle Hands do The Cure, Beastmilk, The Sisters of Mercy i tak dalej?

Nie powiedziałbym. Muzyka, zwłaszcza ta nowsza, działa na bazie reminiscencji i to jest absolutnie normalne. Ludzie oczywiście kojarzą nas z tymi zasłużonymi formacjami, ale nie mamy nic przeciwko. To znaczy, że chyba jesteśmy dobrzy w tym, co robimy. Sam poznałem Beastmilk właśnie dzięki jednemu z naszych fanów i zakochałem się od pierwszego odsłuchu, także więcej w tym plusów niż minusów.

 

fot. Peter Beste


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive