Bleib Modern

SpaceFest 2019: Psychodeliczna msza

Jeszcze raz nad Ulicę Elektryków nadciągnęła potężna dawka psychodelii i muzyki kosmicznej. Jeszcze raz odbywa się tu SpaceFest, który ma za zadanie naładować publikę wrażeniami na cały następny rok. I oby na tylko tyle.

Zaczęło się, jak to często bywa, od chaosu. Potężne drzwi do klubu B90 otwarto pół godziny później niż planowano, a że w sąsiednim Plenum odbywał się wernisaż gdańskiej ASP, co chwila pojawiali się zdezorientowani ludzie pytający o jedno albo o drugie. Dobrze, że zaraz wszystkich rozgrzała znakomita, jak się okazało, Krzta.

 

Trochę obawiałem się o ten koncert. Bo otwarcie głównej sceny, bo niedoświadczony zespół, bo dokooptowany w ostatniej chwili w miejsce Marble Arch. Z drugiej strony, mało to historii o underdogach pojawiających się w ostatniej chwili i kradnących show? Że tylko przypomnę o fenomenalnym Jambinai w czasie nieszczęsnego OFF-a 2016. Faktycznie muzycy z Olsztyna dali radę. Rację miał zapowiadający ich Karol Schwarz, mówiąc, że to jedyny zespół, na koncercie którego patrzy tylko na basistę. Bo basista ów, Kuba Kamiński, to stuprocentowe zaprzeczenie stereotypu cichego, niemrawego basisty skupiającego się na grubych strunach i niczym więcej - Kamiński szalał na scenie, a jego zdjęcia będą wśród najważniejszych symboli tej edycji festiwalu. Muzyka Krzty to niby post-hardcore/post-metal, a jednak wpisała się w konwencję SpaceFestu bez problemu - gitarowy hałas i agresywnie desperacki scream stworzyły fantastyczną przestrzeń, którą z pewnością docenił nawet niemetalowy fan na widowni. Właśnie to pozytywne zaskoczenie jest takie fajne i z tego powodu słabiej bawiłem się na koncercie Dynasonic, którzy wiadomo, że są zespołem na poziomie, że potrafią ambitnie eksperymentować, a w końcu też stworzyć kosmiczną dyskotekę dla zasłuchanych fanów.

Krzta

Krzta

Jest taki mem, w którym pojawia się zdjęcie krowy na słupie wysokiego napięcia albo samochodu w przejściu podziemnym z pytaniem: Jak oni się tu znaleźli?. Dzisiaj można było do niego dopisać jak na SpaceFeście znaleźli się Chicos de Nazca, którzy z jakąkolwiek muzyką kosmiczno-psychodeliczną wspólną mają tylko nazwę. Nie zrozumcie mnie źle, ich muzyka to dość miły dla ucha pop rock i pewnie były osoby, którym się podobał, niemniej trochę nie na miejscu. Może to też kwestia mojego uczulenia na zespoły, które bazują na skomplikowanym gitarowym riffie między zwrotkami - ani to nie była psychodela, ani nie był to Santana. Owszem, dodali trochę południowoamerykańskiego kolorytu i pewnie przez pierwsze minuty intrygowali, ale no.

 

Dużo lepiej od gości z Chile zaprezentowały się nasze polskie Kwiaty. Zespół, który w tym roku wydał debiutancką płytę, na nowej scenie (nie byłem tutaj od ostatniej edycji SpaceFestu) Drizzly Grizzly czuł się jak u siebie w domu. Pewnie to ta stylizacja na lynchowskie "Twin Peaks" (tak sceny, jak i zespołu). Specjalizujący się w romantycznych piosenkach (jak chce wokalistka Maja Andrzejewska) albo zamulaniu dupy (to słowa basisty, Wojciecha Chroboczyńskiego) zespół pokazał, jak zaczarować klimatem, a przy okazji rozbujać wpadającą w ucho melodią i soczystymi gitarami. Poza nastrojowymi balladami, muzycy potrafią też dać do pieca, jak w świetnym "Końcu lata" czy przede wszystkim w zamykającej set "Hondzie"(do tekstu Marii Magdaleny Czubaszek), w czasie której pod sceną pojawiło się nawet mini-pogo. Wszystko spajał znakomity wokal Andrzejewskiej, który potrafi być praktycznie jednocześnie znakomicie eteryczny, jak i dziewczęco energetyczny. Mam tylko jedno pytanie - co na scenie robił ten chłopak zajmujący się trzymaniem butelki z wodą i ziewaniem? A że przez większość czasu jako jedyny znajdował się w świetle reflektora, pojawi się na każdym zdjęciu z koncertu.

Chicos de Naza

Chicos de Naza

Wydarzeniem wieczoru bez wątpienia okazał się psychodeliczny spektakl The Cosmic Dead. Grający swoje "krótkie piosenki" (zmieścili trzy w prawie godzinnym secie) Szkoci naprawili z nawiązką to, czego Chilijczycy nie potrafili wcześniej - wyrzucili klub w kosmos jak mało kto potrafi. Transowa muzyka wspomagana specjalnym paliwem (muzycy ciągnęli na scenie Krupnik z gwinta), polityczną retoryką (nie zabrakło antybrexitowych i proniepodległościowych wtrętów) i fantastycznymi wizualizacjami (sceny z przegięciem kiczowatych retro filmów sci-fi przeplatane psychodelicznymi animacjami) wprawiła salę klubu w drżenie. Ciężko było się oderwać od tego transu na gitary i kosmiczne dźwięki elektroniki, a także od wyrazu twarzy zahipnotyzowanej publiki. Nic dziwnego, że pojawiające się wielokrotnie w drugim kawałku pytanie: Can you get it? zostało przez publiczność skwitowane głośnym i entuzjastycznym: Tak.

 

Nie będę pisał nic o dekonstruowanym mniej lub bardziej jazzie przedziwnego projektu Rogulus X Szwelas und Gos + Czerkas + Ika czy Karola Schwarza bo to zupełnie nie moje klimaty i nic mądrego nie wymyślę. Pierwszego dnia zabrakło niestety dużej nazwy wieńczącej koncerty na dużej scenie, kogoś takiego jak The Telescopes i Heads. dnia drugiego.

Kwiaty

Kwiaty

W tym roku SpaceFest ma wyjątkowe szczęście do koncertów otwarcia. Po Krzcie, drugiego dnia świetnie zaprezentowali się Ukraińcy ze Straytones. Mimo że publiki było jeszcze nie za wiele, zespół nie zraził się w żaden sposób i zarażał słuchaczy swoją bezpretensjonalną, żwawą i energetyczną jak cała fabryka Tesli psychodelią. Zresztą wystarczyło na nich popatrzeć, żeby zrobiło się cieplej i letniej - długie włosy, wzorzyste koszule trochę hipisowskie, trochę ukraińsko-folkowe, a do tego świetny kontakt z publiką. Nic dziwnego, że - jak sami stwierdzili - chcieli przede wszystkim przekazać trochę letniej pogody tego mrocznego, zimowego wieczoru.

 

Podobnie jak rok temu, jednym z ciekawszych wydarzeń festiwalu była dyskusja na małej scenie. Tym razem uczestniczyli w niej Stephen Lawrie i Doug Shipton. Wokalista the Telescopes dał się poznać jako niezbyt rozmowny antysystemowiec (system nie działa, jeśli na ulicy znajduje się chociaż jedna bezdomna osoba, to jest to jedna osoba bezdomna za dużo, niezależnie kto wygrywa wybory, władza zawsze prędzej czy później korumpuje - tak dyskutowano między innymi o nadchodzącym jednak Brexicie). Ciekawszym rozmówcą był Shipton. Mówił między innymi o pracy didżeja (wczoraj, w czasie grania setu, stał obok mnie gość, który shazamował każdy kolejny utwór. Dobrze wykonuję swoją robotę, gdy puszczanych przeze mnie utworów zshazamować się nie da), pracy wydawcy (w dzisiejszych czasach mamy całe uniwersum wytworów kultury do wyboru (...), nic tylko sięgać) i tym, co sprowadza go po raz kolejny do Gdańska (Ania Szynwelska - organizatorka SpaceFestu - i pierogi).

Pure Phase Ensemble

Pure Phase Ensemble

To było pierwsze wydarzenie, drugim jest konstruowanie rok w rok Pure Phase Ensemble i prezentowanie owoców współpracy. W tym roku odbyło się to pod przewodnictwem wokalisty Sewerdriver - Adama Franklina, a obok niego pojawili się między innymi Wojciech Jachna (Innercity Ensemble) i maczający na SpaceFeście palce prawie we wszystkim Karol Schwarz. Nie było tym razem takiego objawienia jak zeszłoroczny udział Hanny Went z Free Games For May, ale trzeba przyznać, że rozbudowana sekcja dęta to dobry pomysł. Wciąż jednak mam problem z ideą Pure Phase Ensemble, pomysł jest kapitalny, zapraszani goście znakomici, a muzyka wychodzi zawsze mniej więcej taka sama - jazzujący muzycy spotkali się na piwie i podżemowali, wykrzykując czasem coś do publiki.

 

Przed festiwalem odbył się konkurs dla mniej znanych zespołów, a z wybranej dwójki lepiej wypadł zupełnie nieznany mi Titanic Sea Moon. Niezwykła mieszanka psychodelii, post-rocka, noise’u, a wszystko w trudnej do podrobienia zimnofalowej estetyce. Bez dwóch zdań moje odkrycie tej edycji, czekam na więcej materiału od słupczan/elblążan. Mniej entuzjastycznie podszedłem do występu The Blind Suns, natomiast ich energetyczne połączenie surf rocka z elementami shoegaze'u na pewno podobało się publice. Francuzi, dowodzeni przez Dorotę Kuszewską, stracili za to przez prosty fakt, że tuż po nich odbył się największy koncert tej edycji, gdy dużą scenę w hałaśliwe piekło zamienili The Telescopes.

Heads.

Heads.

Pewnie nie fair jest zestawiać ikony shoegaze'u z młodymi, beztroskimi ludźmi, ale muzyka przemówiła sama. Stephen Lawrie, głowa i serce projektu, dał lekcję poglądową tego, jak powinien wyglądać pełnokrwisty, miażdżący uszy i kości shoegaze łamany przez noise łamany przed shoegaze jeszcze raz. On był tam, gdy gatunek się rodził, on inspirował rzesze artystów i w końcu jego ścieżka zaprowadziła go po raz kolejny do Gdańska. Scena zalana jednolitym czerwonym światłem tylko potęgowała wrażenie przerażającej potęgi hałasu Anglików. To właśnie strach/niepokój/przerażenie dominowały w czasie odbioru tego spektaklu i nikt nie potrafił już tego przeżycia przebić. Ani rzeczeni Titanic Sea Moon, ani dość blado wyglądający Heads., ani też dzielący się muzyką z najdziwniejszych stron świata Shipton.

 

Gdy Anna Szynwelska i Karol Schwarz pojawili się pierwszy raz na scenie na początku tej edycji festiwalu, padło niepokojące stwierdzenie, obrócone potem w żart, że to może być ostatni raz, gdy spotykamy się na psychodelicznej mszy grudniowej nocy w Gdańsku. Udało mi się uzyskać oficjalne stanowisko, które brzmi: Nie wiadomo, może tak, może nie. Miejmy nadzieję, że jednak nie - gdzie indziej mógłby nas straszyć Stephen Lawrie.

 

Rysunki: Edyta Krzyżanowska


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive