Bleib Modern

Jak zniszczyć swoją karierę (wielokrotnie) - poradnik według Azealii Banks

Jest kilka przepisów na udaną karierę. Ba, da się nawet wrócić z wygnania, kiedy coś w tej karierze sami zepsuliśmy - czy to konfliktem z prawem, czy niewyparzoną gębą, czy odejściem ze sławnej grupy. Ale zdarzają się przypadki, kiedy osoba robi wszystko, żeby ze sceny ją wybuczano, zaprzepaszcza każdą kolejną szansę i nie robi nic, żeby swoją sytuację poprawić, wprost przeciwnie - kopie coraz głębszy dół, coraz szerszą szuflą. Taką osobą jest Azealia Banks, która w kilka lat stopiła zaufanie branży i publiki w efektowny i bardzo, ale to bardzo niepotrzebny sposób.

Ktoś powie - ale po co się przejmować? Czy to pierwsza gwiazdka, która podleciała za blisko słońca i wykazała się pychą? Oczywiście, że nie. Ale przypadek Banks jest o tyle smutniejszy, że mamy do czynienia z osobą wybitnie utalentowaną, która ma niewątpliwe ucho do produkcji i doskonale wyczuwała, a nawet wyprzedzała muzyczne trendy.

 

"212" to efekt niespełnionego (na to trzeba było poczekać kilka lat) romansu undergroundowej elektroniki o klubowym zabarwieniu z feerią pop rapowych barw. "1991" mogłoby z powodzeniem wyjść w 2019 roku nie tylko dlatego, że stylistycznie i wizualnie odwołuje się do czasów, które teraz wypełniają przelewającą się studnię nostalgii. Azealia Banks na papierze miała wszystko - bardzo sprawny wokal, który doskonale radzi sobie zarówno z rapem, jak i śpiewaniem, siatkę producenckich kontaktów, która zapewniała jej dostęp do niesamowitych podkładów, wreszcie - do pewnego momentu - wsparcie mediów i branży, o czym świadczy morze zebranych nagród w pierwszym okresie kariery. Ale Banks ma też absolutnie koszmarny charakter, który podpowiada jej najgorsze decyzje.

Nie zrozumcie mnie źle - w branży zdominowanej przez kromki chleba i ulepione z badań focusowych ameby wyrazista osobowość to zaleta. Aczkolwiek jest różnica między wyrazistą osobowością a po prostu byciem straszną osobą. Różnica, o której czyny wokalistki przypominały aż za często. Wiecznie wszczynała wojny z najróżniejszymi personami w mediach społecznościowych - od Elona Muska przez RuPaul i Kendricka Lamara aż po Diplo i Cardi B. Zresztą na same twitty artystki musielibyśmy poświęcić rozdział książki. Kiedyś obrzuciła homofobicznym wyzwiskiem i opluła współpasażera lotu, kiedy ten spróbował zatrzymać jej chamskie i przypałowe omijanie kolejki do wyjścia z samolotu. Czasem trafiała na równego sobie w wybrykach. Do historii przeszła impreza u Russela Crowe'a, na którą artystkę zabrał RZA. Doszło do przepychanek, a krewki aktor rzekomo opluł Banks. Jak twierdzi RZA, to była reakcja Crowe'a na wcześniejszą agresję wokalistki, a jak było naprawdę, wiedzą tylko demony tkwiące nie od dzisiaj w obojgu. W 2016 roku dzięki Instagramowi samej artystki (!) świat dowiedział się o tym, że Banks praktykuje czarną magię, brujerię. Super sprawa, ale artystka jest wierna tradycjom, więc w tym celu musi zabijać kurczaki. O szokujących praktykach nie dowiedziałby się nikt - a sekret to chyba nieodłączny towarzysz czarnej magii - gdyby nie Instagram Banks...

Po różnych wyskokach nadchodzi czas refleksji i pokuty, co sprzyja przebaczaniu. A ludzie przełkną wiele, wystarczy spojrzeć na powrót Tima Lambesisa, który po odsiadce wyroku za zaplanowanie zabójstwa żony, został na powrót przyjęty przez As I Lay Dying i fanbase'u zespołu niczym syn marnotrawny (to temat na osobny felieton). Problemem Banks jest to, że nigdy nie poczuwa się do winy, zazwyczaj kreuje konfliktowe sytuacje, a do tego najzwyczajniej w świecie kłamie. Zaproszona przez Grimes do wizyty w domu (z potencjalną współpracą muzyczną w tle), gdzie był również Elon Musk, chętnie pobajdurzyła później na temat najróżniejszych ekscentrycznych wydarzeń. Grzebiąc nie tylko przyjaźń, ale i możliwość współpracy z Grimes słusznie urażoną historiami o najróżniejszym stopniu prawdziwości. Podobnie było z RZĄ - po sytuacji z Russellem Crowem Banks zaatakowała członka Wu-Tang Clanu w wywiadzie w Breakfast Club, jednej z najbardziej wpływowych rapowych audycji w USA. Ostatni i jeden najgorszych wyskoków wokalistki przydarzył się bardzo niedawno, a była to homofobiczna recydywa - Banks zdarzało się nadużywać słowa faggot, czy to wobec współpasażera lotu, czy blogera Pereza Hiltona. Ale w październiku wskoczyła na nowy poziom. W instagramowym poście zaatakowała terapię profilaktyczną przeciw wirusowi HIV (PrEP), używając hipokryzji (mówiła między innymi o rozwiązłości, którą przecież sama promowała jako osoba nastawiona pozytywnie do seksu i profilaktyki - pozowała na okładce Dazed z nadmuchaną prezerwatywą) i homofobii zamiast argumentów. Wdawała się w brzydkie wymiany z komentującymi: I have no clue why you gay boys think women actually care what you think. We only pretend to so we don't have to smell your d**k breath while you nag at us. A to tylko fragment. Potem przeprosiła za nieczułe komentarze, tylko po to, by 1 grudnia obwieścić na Instagramie: So, gays... I bid you adieu... na koniec notki pełnej odcinania się od społeczności gejowskiej.

Żyjemy w czasach, w których publicznie okazywana homofobia jest słusznie piętnowana w obrębie branży rozrywkowej. Poza najgłębszymi zakamarkami bro gatunków, w mainstreamie panuje konsensus, który pomogły wypromować takie postacie, jak Cher, Madonna czy Lady GaGa. Nie mówiąc o pozycji, jaką wśród społeczności gejowskiej cieszą się choćby Charli XCX czy Carly Rae Jepsen, dla których to nie tylko powód do dumy, ale też spore i realne źródło zarobku. Banks, która poniekąd była proto-Charli, mogłaby trafić w samo serce tej społeczności, bo jej historia - kobiety z mniejszości o ekscentrycznym stylu i niewyparzonym języku - i muzyka z powodzeniem wpisywały się we wzór gejowskiej pop diwy. W niesamowitym fabularnym zwrocie akcji piosenkarka nie tylko odrzuciła tę możliwość, ale dosłownie zamknęła ją na wieki. A to publiczność wierna, nieczuła na to, czy dla mainstreamu jesteś jeszcze hot, która trwa przy tobie na długie lata, o czym zaświadczy choćby Cher. Ale upór i bigoteria Banks przyniosły na nią srogą i zasłużoną karę, po której już nigdy może się nie podnieść.

 

Biorąc pod uwagę to wszystko, nietrudno zgadnąć, dlaczego mimo tak wielkiego potencjału, Banks nie zrobiła furory w mainstreamie. "Broke With Expensive Taste", jej jedyny pełnoprawny album (swoją drogą naprawdę dobry), został wydany przez Prospect Park po tym, jak wokalistka otarła się o majorsa Interscope. Otarła, bo po drodze pokłóciła się z producentami (wśród nich Pharrell Williams i Disclosure) i wytwórnia jej podziękowała. Pokłóconą, wyklętą przez tak różne osoby w branży rozrywkowej, jak RuPaul z jednej, a T.I z drugiej strony, Banks czeka trudna, o ile w ogóle możliwa, droga do odkupienia. Niech jej historia będzie przestrogą - można być ekscentrycznym, ale nawet totalna destrukcja ma swoje granice.


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive