Asteroid, Limestone Whale, Aleph

Gdyński klub Ucho bardzo poważnie potraktował fanów niebanalnych brzmień.

W ramach cyklu Electric Herring usłyszymy wszystko - począwszy od wszelkich odmian rocka po stoner czy grunge - a że kalendarze imprez jednoznacznie wskazują na to, że im bliżej końca roku, tym lepsze koncerty, to również tego wydarzenia nie wypadało ominąć.

Wtorkowy koncert otworzył zespół Aleph. Mimo że w ich repertuarze nie brakuje soczystych, świdrujących riffów, to panowie postanowili stopniowo dawkować ostrzejsze brzmienie. Zaczęli bardzo ostrożnie, powtarzającą się w tle sekwencją dźwięków, graną raz wyżej, raz niżej, tworząc melodyjne tło dla coraz bardziej rozwijającego się wokalu. Ten z kolei, niewątpliwie inspirowany brzmieniem prosto z Seattle, na pewno zmusił niejednego słuchacza do cofnięcia się w czasie o jakieś dwadzieścia lat i przypomnienia sobie złotych czasów grunge'u. Również tutaj nie było monotonii - wokalista z powodzeniem i zadowalającymi efektami zdzierał miejscami gardło i aplikował całości odrobinę cięższego wymiaru. Pewne elementy - wspomniany wokal czy miaucząca gitara - stały się charakterystycznym punktem koncertu. Przesłuchując jednak materiał z EPki "Desert's Thirst" i porównując to z koncertem, można jednak odnieść wrażenie, że zespół jeszcze ciągle poszukuje jakiegoś mocniejszego punktu zaczepienia. Z drugiej strony, należy wziąć poprawkę na to, że Aleph nie istnieje od bardzo długiego czasu; niemniej wygląda na to, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Na razie, jeśli spróbujecie wpisać w najpopularniejszą wyszukiwarkę "Aleph", pierwsza propozycja, jaka wam wyskoczy, to zespół italo disco. Miejmy nadzieję, że to się wkrótce zmieni.

Aleph zakończył występ, pozostawiając ludzi w stanie lekkiego muzycznego transu, co od razu rozbił energicznymi dźwiękami Limestone Whale. Zaczęło się naprawdę dobrze - publiczność, która po koncercie pierwszego zespołu na chwilę się rozeszła, usłyszawszy pierwsze dźwięki, z powrotem pognała pod scenę. O ile Aleph wzbudził w publice nostalgię za latami 90., o tyle Limestone Whale gwałtownie wyrwał publikę w muzycznych wspomnień. Niestety w moim przypadku to olśnienie trwało zaledwie przez pierwsze trzy utwory. Przesłuchując przed koncertem ich kawałki, nie mogłam doczekać się ich na scenie i - jeśli wziąć pod uwagę choćby takie utwory, jak "Ambrosia" czy "Swarms" - to można było spodziewać się muzycznego teleportu w lata 70. Tymczasem z każdym kolejnym utworem wydawali mi się coraz bardziej banalni, miejscami nawet zbyt ułagodzeni i popowi. Z kolei kiedy już zaczynałam się nastawiać coraz bardziej negatywnie, nagle w ich utworach pojawiało się coś, co kazało mi się wstrzymać z niepochlebną opinią. Koniec końców, nie jestem w stanie jednoznacznie ocenić tego zespołu - niewątpliwie mają potencjał, a solowe momenty gitarzysty i dynamiczna perkusja to ich bardzo mocne elementy. Natomiast wokalista balansował na granicy starego dobrego hard rocka i jego marnej, spłaszczonej podróby. Co ciekawe, nie miałam takiego wrażenia, słuchając studyjnych wersji - tam faktycznie wszystko brzmiało o wiele mocniej i pełniej. Choć występ Limestone Whale był dla mnie poniżej moich oczekiwań, wyrobionych ich nagraniami, to chciałabym dać im szansę w przyszłości.

Można odnieść się na różne sposoby do dwóch pierwszych kapel, ale trudno mieć wątpliwości co do tego, kto naprawdę tego wieczoru podbił serca słuchaczy. Szwedzcy post-hipisi zadbali o każdy szczegół swojego występu i potrafili stworzyć niepowtarzalną atmosferę, niczym zespoły uznawane dziś za kultowe kilka dekad wcześniej w którymś z londyńskich klubów. Panowie z Asteroid nie kryją się zresztą ze swoimi inspiracjami - już po samym brzmienia można się domyślić, że muzycy z namaszczeniem wsłuchiwali się w albumy Led Zeppelin, a do tego nazwa kapeli pojawiała się na ustach członków Asteorid co najmniej kilka razy tego wieczoru. Licząc sobie tylko trzech członków, Asteroid są zmuszeni do korzystania z looperów i sampli, ale jednocześnie dają z siebie na scenie tyle, że z kolejnym ogniwem mogłoby dojść do eksplozji. Podstawę utworów stanowi mocny i wyraźnie słyszalny bas oraz przeplatające się ze sobą dwa wokale. Robin Hirse i Johannes Nilson wymieniają się partiami wokalnymi po krótkich fragmentach, a czasami nawet śpiewając naprzemiennie po jednym wersie. Przy tym wszystkim tworzą muzyczną iluzję, pogłosy i echa, sprawiając wrażenie jakby jeden z głosów dochodził z innego wymiaru. Jako że Asteroid mają w swoim dorobku już kilka krążków, setlista obejmowała różne etapy wykształcania się ich stylu, przy czym biorąc to wszystko pod uwagę, można zacząć się zastanawiać, czy ci muzycy kiedykolwiek przechodzili przez taką fazę jak "początkujący zespół", czy od razu urodzili się muzycznymi geniuszami powołanymi do kontynuacji wspaniałych muzycznych tradycji. Panowie raczyli publikę swoim graniem dość długo i wydawali się dobrze przy tym bawić - na tyle dobrze, że nie pozostali obojętni na prośby słuchaczy o przedłużenie koncertu, a bis nie skończył się na jednym utworze.

Nie brakuje melomanów stęsknionych za królującymi w poprzednich dekadach zespołami pokroju Led Zeppelin, King Crimson czy Deep Purple, a Asteroid mają zadatki na to, by lukę po nich wypełnić. Sami zresztą są świadomi swoich zdolności, każdy kolejny grany przez siebie utwór opisując słowem "marvelous". I choć na początku było to odbierane jako element humorystyczny, dowodzący swobody zespołu na scenie i ich upozorowanego bezkrytycznego podejścia do siebie, szybko okazało się, że trudno znaleźć lepsze określenie dla ich twórczości.


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive