Bleib Modern

Dekada spustoszenia, czyli jak branża niszczy raperów

8 grudnia tego roku zmarł Juice WRLD. Niedawno skończył 21 lat. Był autorem hitu "Lucid Dreams", a jego album "Death Race to Love" był sporym komercyjnym sukcesem i bardzo udaną pozycją w przepastnym katalogu melodyjnego rapu.

Często podłączano go pod nurt emo rapu, choć sam lekko się od tego dystansował. Był piekielnie uzdolniony, niemal całą muzykę tworzył freestyle'ując. Okoliczności jego śmierci, ale też wiele sygnałów przed nią, wskazywały, że ma spory problem z narkotykami, w tym z pochodną kodeiny - oksykodonem, ulubionym dragiem wielu młodych raperów.

 

To kolejna śmierć znaczącej postaci hip-hopu w tym roku, w marcu został zastrzelony Nipsey Hussle. W zeszłym roku zastrzelono XXXTentacion, a Mac Miller przedawkował, podobnie jak w 2017 roku Lil Peep. YNW Melly, Lil Tay K, Kodak Black, Tekashi 6ix9ine i wielu innych siedzą w więzieniach. Lil Uzi Vert, wielka gwiazda nowej fali rapu, co chwilę wskazuje na wielkie problemy z wytwórnią i samą branżą muzyczną, sygnalizuje chęć odejścia od muzyki. Wygląda jak cień samego siebie, smutno pokazując kolejne outfity na Instagramie. Końcówka dekady w rapie to krajobraz spustoszenia, mentalnego, fizycznego i kryminalnego. To także moment, w którym hip-hop jest najpopularniejszym gatunkiem na świecie. Coś tu nie gra.

"To Pimp A Butterfly", genialny album Kendricka Lamara z 2015 roku, opowiada o tym, jak branża muzyczna eksploatuje młode talenty. Wyciąga je z getta, przyklaskuje stylowi życia, który zazwyczaj oprócz materialnych ekscesów zawiera w sobie narkoczynnik destrukcji i gangsterskie zaszłości, wyciska jak cytrynę i kiedy zamieszanie wokół nowej gwiazdy cichnie, odrzuca z pogardą w kąt. A&R wytwórni, najróżniejsze managementy, szemrani agenci i promotorzy nie szukają talentów do ociosania, wyszkolenia i zbudowania pozycji na lata. Najczęściej szukają kolejnego virala, najlepiej kogoś, kto już stał się wielki choć na chwilę, a takich postaci w świecie zdominowanym przez media społecznościowe nie brakuje. Nie ma tu czasu i miejsca na opiekę, budowanie relacji i świadomości. Jest szybka transakcja - talent za gotówkę.

 

Wyciągnięci z niebezpiecznych zakątków kraju w stanie katastrofy społecznej (nierówności ekonomiczne, epidemia opioidów i cięcia budżetowe na każdym poziomie robią swoje), obsypani pieniędzmi i uwagą, otoczeni zastępami yes manów, którzy nie powiedzą nic złego tak długo, jak złota gęś znosi jaja, szybko zostają wtłoczeni do muzycznej machiny. A ta jest bezwzględna. W dobie streamingu największe pieniądze są w trasie, więc młodzi raperzy i raperki, najczęściej bez żadnego treningu fizycznego i psychicznego, ruszają z objazdowym cyrkiem eksploatacji, zazwyczaj widując wnętrze tour busa lub prywatnego odrzutowca. Kiedy nie niszczą się w trasie, siedzą całymi dniami i nocami na napędzanych narkotykami sesjach nagraniowych. W końcu uwaga publiczności musi być odświeżana co chwilę.

Żaden zasraniec w garniturze podsuwający kontrakty młodym, naiwnym jednostkom, dla których jedynym wyjściem z getta jest koszykówka albo rap (nic dziwnego, że - słowami Remy Ma - koszykarze chcą zostać raperami, raperzy koszykarzami) nie zastanawia się, czy ci, którzy te dokumenty podpisują są już gotowi na wyzwania związane z byciem gwiazdą muzyki. Nie myślą o tym, czy nie powinni zainteresować się otoczeniem rapera, może doradzić mu w finansowych krokach, czy odradzić dalsze bieganie po ulicy ze spluwą. Liczy się zysk, krótkoterminowy i najlepiej bez przesadnych zobowiązań. Wręcz wyobrażam sobie, jak zwyrodnialcy z majorsów puszczają dym z cygar na towarzyskich spotkaniach i zastanawiają się, który raper padnie lub zostanie zapuszkowany następny. Oczywiście w dużo bardziej rasistowskich słowach.

 

Wyliczanka, którą czytaliście i czytałyście na początku, będzie się powiększać. Współczesny kapitalizm, któremu hołduje branża muzyczna, jest nastawiony wyłącznie na eksploatację do ruiny, a potem jeszcze sprzedanie tych ruin temu, kto da najwięcej. Rap kocha materializm, więc tym chętniej pcha się w mordercze objęcia Lewiatana, który machając kontraktem z sześciocyfrową sumą, za plecami trzyma torbę z podejrzanymi pigułami i nóż z datą spożycia. Wydawało się, że po śmierci Peepa czy Mac Millera nadejdzie otrzeźwienie. Nie nadeszło. Karawana idzie dalej, zostawiając kolejne trupy, a na pośmiertnych albumach Lil Peepa i X-a próbuje się nadrabiać zysk z niefortunnie straconych gęsi. Niestety jako publiczność mamy niewielki wpływ na zakulisowe gierki, ale możemy przestawić się z trybu konsumentów - pożerających absurdalnie wielkie ilości muzyki z serwisów streamingowych - w tryb świadomego wspierania stabilnych modeli, jak na przykład Bandcamp. Kropla drąży skałę nie dlatego, że jest wielka, ale dlatego, że nie ustępuje. A ta skała ciągle gniecie młode, naiwne talenty...


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive