Tamaryn

Lighthouse. Studium szaleństwa

99%

Drugiego filmu Roberta Eggersa miało w Polsce nie być, ale reżyser "Czarownicy: Bajki ludowej z Nowej Anglii" do tego stopnia rozpalił fantazje tutejszej publiczności, że pojawiły się nawoływania, pojawiła się petycja i choć mogłoby się wydawać, że takie działania są bezcelowe, tym razem zakończyły się sukcesem - "Lighthouse" trafiło do programów kin studyjnych w całym kraju.

To piękna historia zwycięstwa miłości do kina nad chłodną kalkulacją, niemniej już samo nieuwzględnienie "Lighthouse" w planach dystrybucyjnych w Polsce jest niedorzecznością, jeśli weźmiemy pod uwagę sukces "Czarownicy", świetną prasę jej następcy i popularność arthouse'owych horrorów w ostatnich latach. W rezultacie w jedynym gdańskim kinie, które wyświetlało film w premierowy weekend sala pękała w szwach, ale w rozmowach po seansie dało się usłyszeć, że nie wszystkie oczekiwania zostały zaspokojone, a zwłaszcza oczekiwanie odczuwania grozy...

Filmy Eggersa łączy wysoki standard estetyczny, co w tym przypadku jest jeszcze bardziej wyraziste, objawia się od pierwszych sekund poprzez ograniczenie barw do czerni, bieli i odcieni szarości, a przede wszystkim za sprawą archaicznego formatu obrazu - 1,19:1. Wygląda to mniej więcej tak samo, jak format akademii znany chociażby z "Zimnej wojny", czyli prawie kwadrat, ale historycznie sięga niemalże sto lat wstecz, do samych początków udźwiękowionego kina. Tak ukazany współczesny obraz natychmiast staje się nienaturalny (z drugiej strony podczas seansu "Zimnej wojny" usłyszałem słowa zaskoczenia: To już teraz filmy robią pod Instagrama?), co w połączeniu ze świadomością, że będziemy oglądać horror natychmiast zaczyna budzić niepokój.

 

Ale czy aby na pewno jest to horror? Od razu można by dodać - czy na pewno horror musi straszyć? Odpowiedź na pierwsze pytanie będzie bardziej subiektywna, na drugie z całym zdecydowaniem można odpowiedzieć: Nie, bo chociażby "Powrót żywych trupów" raczej ma śmieszyć, a cała seria "Resident Evil" to przede wszystkim kino akcji. "Lighthouse" jest natomiast przede wszystkim dramatem o skrajnym wyobcowaniu, odcięciu od świata, w którym najniebezpieczniejszym przeciwnikiem staje się własny, nierozpraszany żadnymi bodźcami zewnętrznymi umysł. Momentami (zwłaszcza w końcówce) da się nawet zauważyć drobne podobieństwa do "Stalkera" Andrieja Tarkowskiego, który również potrafił stworzyć przejmującą, osobistą opowieść w oparciu o kino gatunkowe, z tym że w jego przypadku było to science-fiction.

Bohaterów "Lighthouse" jest tylko dwóch, ściśniętych nie tylko formatem obrazu, ale również lądowymi granicami niewielkiej wysepki, na której pełnią służbę latarników. Klaustrofobiczny, w niektórych sekwencjach dodatkowo halucynogenny nastrój to - pomimo świetnej oprawy - zasługa właśnie tego duetu, który na etapie zapowiedzi filmu wydawał się zaskakujący. Willem Dafoe potrafi wprawdzie wcielić się w niemal każdą rolę, ale na Robercie Pattinsonie nadal ciąży klątwa "Zmierzchu", która zaszufladkowała go na wiele lat. Aktor nie poddał się jednak wyrokowi i od nieustannie walczy o zmianę wizerunku, a "Lighthouse" powinno ostatecznie przekonać wszystkich niedowiarków, że ten człowiek mieni się niczym diament nie tylko wtedy, gdy gra wampira.

 

Relacje pomiędzy postaciami Dafoe i Pattinsona ewoluują przez całe dwie godziny, czasami z minuty na minuty, kiedy pod wpływem hektolitrów alkoholu raz klepią się po plecach i zwierzają z sekretów, kiedy indziej krzyczą i dopuszczają do rękoczynów. Smaczku dodaje język, jakim obydwaj się posługują - akcję "Lighthouse" osadzono w końcówce XIX wieku i podobnie jak w przypadku "Czarownicy", tak i tutaj Eggers chciał być wierny realiom nawet w zakresie lingwistycznym.

Akcję "Lighthouse" można bez trudu wypunktować. Nawet jeżeli pojawiają się sceny symboliczne - w sposób oczywisty wyjęte poza nawias świata rzeczywistego - nigdy nie burzą porządku chronologicznego i nie zakłócają treści. Można też streścić film w kilku słowach - dwóch odciętych od świata mężczyzn popada w podsycone alkoholem szaleństwo, tylko jeden z nich może wejść na szczyt latarni pełniącej rolę MacGuffina, drugi zrobi wszystko, żeby również otrzymać ten przywilej. Eggers ożywił jednak to, co mogło wyglądać na papierze na przewidywalne w zaskakujący i podatny na mnogie interpretacje sposób. Jeżeli nie będziecie usilnie szukać tej jedynej właściwej, a w dodatku studium obłędu to temat, którym potrafi was zafascynować, "Lighthouse" pochłonie was bez reszty.


Lighthouse

Tytuł oryginalny: The Lighthouse

USA, 2019

A24

Reżyseria: Robert Eggers

Obsada: Willem Dafoe, Robert Pattinson



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive