Tamaryn

Kvohst: Oddzielenie sztuki od codzienności pozwala uniknąć wypalenia

Podziwiam muzyków, którzy wydają wiele płyt, działają w kilku projektach jednocześnie i nie zamierzają zwalniać tempa. Zwłaszcza wówczas, gdy prezentują dzieła wysokiej klasy. Weźmy takiego Kvohsta (kojarzonego z Dødheimsgard bądź Beastmilk) - zaśpiewał na wydanych w tym roku krążkach Hexvessel i The Deathrip, a jakby tego było mało, za rogiem czeka album koncertowy Grave Pleasures.

Łukasz Brzozowski: Powiedziałbyś o sobie, że jesteś spełnionym muzykiem?

Mat "Kvohst" McNerney: Jak najbardziej. Jestem w odpowiednim dla siebie miejscu i czasie, robię dokładnie to, co mam ochotę robić. Nie odnoszę wrażenia, że postępuję w zły sposób czy po prostu wbrew sobie. Chyba o to właśnie chodzi.

 

Zapytałem, bo mimo ledwie czterdziestu jeden lat na karku, możesz pochwalić się dużą liczbą nagranych płyt, a dodatkowo tylko w tym roku ukazały się dwa premierowe materiały z tobą w roli kompozytora i wokalisty.

Kiedy byłem mały, bardzo często czytałem Księgę Rekordów Guinnessa i stwierdziłem, że skoro istnieją ludzie, którzy jedzą hot-dogi na czas, to ja będę tworzył ogromne ilości muzyki... No dobra, to był żart, w dodatku wyjątkowo kiepski, przepraszam za to [śmiech]. Mówiąc nieco poważniej, to, że jestem teraz całkiem produktywny, wynika z prostego faktu - w okresie, gdy miałem dwadzieścia-trzydzieści lat właściwie nie tworzyłem. Serio. Pragnę zwyczajnie nadrobić zmarnowany czas i dlatego teraz wychodzą różne albumy, do których dokładam swoje cegiełki. Dodam jeszcze, że pierwsze materiały i projekty, w których uczestniczyłem niespecjalnie obroniły się w konfrontacji z czasem i jakoś średnio mam ochotę do nich wracać, więc na bieżąco robię rzeczy napawające mnie dumą, choć muszę przyznać, nawet w tych najświeższych albumach z moim udziałem naniósłbym pewne poprawki.

Dlaczego tamte lata uważasz za zmarnowane?

Kreatywna osoba, która akurat nie pracuje nad niczym wzniosłym i po prostu egzystuje jak każdy inny człowiek, czuje się bardzo samotna. Nawet jeśli ma wielu znajomych, to wciąż doskwiera jej samotność. Wiem, co mówię, tę tezę popieram swoim własnym przykładem. Rozumiem też, że może to brzmieć niedorzecznie dla osób, które nie łączą swojego bytu z szeroko pojmowaną sztuką, ale nic na to nie poradzę. Trzeba to samemu przeżyć, żeby zrozumieć. Przelewanie swoich myśli na - w moim przypadku - muzykę jest jak paliwo, napędza, daje radość i satysfakcję. Należy jednak pamiętać, aby zachować odpowiednie proporcje. Kiedy miałem dwadzieścia pięć lat, nie siedziałem w studiu, tworząc nowe piosenki, ale też nie jest tak, że na chwilę obecną nazwałbym się pracoholikiem, nic z tych rzeczy. Potrzeba mi momentów wytchnienia, jakiegoś resetu, bo nawet i to może być źródłem inspiracji. Niezależnie, czy mówimy o spacerze w górach z żoną, czy słuchaniu muzyki w wygodnym fotelu.

 

Czyli nie podołałbyś schematowi życia studio-trasa-komponowanie w trybie 24/7, jak od lat robi na przykład Mike Patton?

Często zastanawiam się, czy rzeczywiście jest takim robotem, jakim go malują, ale biorąc pod uwagę ilość wydawanych przez niego płyt... Coś w tym jest. Pytasz, czy podołałbym i z pewnością odpowiadam, że nie. W jednej chwili znienawidziłbym taki tryb życia. Oczywiście uwielbiam pracę w studiu, a nawet nie obraziłbym się, gdybym mieszkał w domu połączonym z profesjonalnym miejscem do nagrań, ale z innymi aspektami takiego funkcjonowania niekoniecznie bym sobie poradził. Ze spokojem przyjąłbym informację o tym, że nie muszę jeździć w trasy - to jest chyba ten najmniej kreatywny, a na pewno najbardziej męczący element bycia muzykiem. Dochodzi do tego to, o czym wspominałem wcześniej, czyli reset. Czynne muzykowanie i jednoczesne prowadzenie normalnego życia to rzeczy trudne do połączenia, ale odpowiednia organizacja czasu z pewnością w tym pomaga.

Jak to dobrze zrównoważyć? Obecnie śpiewasz w trzech kapelach, z czego dwie wydały w tym roku premierowe materiału, a jedna opublikowała album koncertowy.

Równowaga polega u mnie na tym, że potrafię zachować dużą dawkę dyscypliny, gdy pracuję. Tworząc, komponując, nagrywając jestem wysoce oddany temu, co właśnie przygotowuję i staram się nie dekoncentrować w danym momencie żadnymi bzdurami. Działa to też w drugą stronę - spędzając czas z rodziną, dziećmi i znajomymi, nie robię stu rzeczy na raz, nie jest tak, że podczas obiadu "wbijam" partie wokalne, a na deserze rozbawiam syna. Oddzielam sferę artystyczną od tej bardziej przyziemnej, dzięki czemu wciąż tworzę, nie jestem wypalony i zmęczony.

 

"All Tree", najnowszy album Hexvessel, ukazuje cię od strony człowieka, który żyje naturą. To poza przygotowana na potrzeby tego projektu?

Jak najbardziej kocham naturę, ale jednocześnie nie wiem, czy kocham ją bardziej niż ktokolwiek inny.

 

Co masz na myśli?

Od jakiegoś czasu mieszkam w Finlandii, która nieco różni się od Stanów Zjednoczonych czy Chin. W tym kraju natura to po prostu jeden z głównych elementów życia, nieustanny towarzysz każdego mieszkańca. Wydaje mi się zresztą, że na podobnych zasadach działa to w Norwegii, Szwecji, Wielkiej Brytanii albo nawet w tych bardziej wiejskich, oddalonych od miast terenach Polski. Chodzi o to, że w tych rejonach nikt nie mówi o związkach z naturą, bo po prostu mamy to we krwi, stanowi to dla nas pewną rutynę, a nie coś ponadczasowego. Jednakowoż wysoko cenię ludzi, którzy pracują wśród natury i tego, co się na nią składa. Nawet jeśli harujesz przy tym niemiłosiernie, odnajdujesz pewien spokój, odkrywasz jakąś nieznaną część siebie. Ale może tylko ja tak czuję i tutaj wracamy do istoty mojej wypowiedzi - faktyczny związek z naturą człowiek zwyczajnie ma, albo go nie ma, tego nie nabędziesz po drodze. Proste.

Myślisz, że odnalazłbyś się jako mieszkaniec zwyczajnej wsi, gdzieś na drugim końcu Polski?

Wydaje mi się, że bez problemu. Gdyby nadarzyła się taka okazja i faktycznie mówilibyśmy tu o czymś poważniejszym, a nie o domniemaniach, to jak najbardziej skosztowałbym życia w polskim środowisku i zasmakowałbym polskiej natury. Dobrze mi jednak tu, gdzie teraz jestem. Na przykład w Holandii żyłem tylko ze względu na pracę i wiem, że raczej nigdy bym tam znowu nie zamieszkał, ale Skandynawia - z naciskiem na Finlandię właśnie - ma w sobie coś magicznego, nieco surrealistycznego. Tu czuję się stuprocentowym sobą i to jest moje miejsce na Ziemi. Ale wracając do twojego pytania, bo poruszyłeś ciekawe zagadnienie, powtórzę - z chęcią zobaczyłbym, jak mieszka się w Polsce. Wasze państwo jest bardzo urokliwe, na pewien sposób tajemnicze, a w dodatku jestem fanem polskiej sztuki.

 

Czego konkretnie?

Strzelając tym, co akurat mam w głowie - uwielbiam "Rękopis znaleziony w Saragossie" i mówię tutaj zarówno o powieści, jak i o filmie. Polska sama w sobie jest w ogóle fascynująca. W pewnym stopniu przypomina mi niektóre regiony Wielkiej Brytanii, przemierzając które można się poczuć jak w podróży w przeszłość. Absolutnie nie mówię o tym w kategorii wady, wręcz przeciwnie - doświadczenie właśnie takiego miejsca, zaimpregnowanego na cywilizacyjny postęp i wyścig szczurów, niesamowicie odświeża i wzbogaca o pakiet nowych przeżyć. Właśnie ten "stary" świat zaklęty w różnych zakątkach świata, mitach i sztuce fascynuje mnie najbardziej.

 

Pytam o to wszystko, ponieważ chyba nie usłyszałem w tym roku drugiego albumu tak blisko związanego z naturą, jak "All Tree".

"All Tree" jest tak blisko natury, że... aż za blisko [śmiech]. Fakt, to chyba najbardziej doceniany z wszystkich materiałów Hexvessel, aczkolwiek nie powiedziałbym, że najlepszy. Z perspektywy czasu powiedziałbym, że to zbyt bezpośredni materiał. Przekaz tekstowy tych numerów jest tak oczywisty, że w zasadzie nie pozostawia pola na interpretację słuchacza.

Nie do końca się z tym zgodzę. Na przykład "Old Tree" jest pewnego rodzaju inwokacją, może nawet modlitwą, a jednocześnie daje szerokie pole do interpretacji. Ty myślisz o drzewie, słuchacz może przetłumaczyć to sobie na cokolwiek innego.

Dziękuję, to naprawdę miłe, gdy ktoś broni moją muzykę przede mną [śmiech]. Cieszę się, że wyróżniłeś akurat ten kawałek. Powstał trochę na kolanie, ale jednak prostota przekazu i dosyć transowy charakter decydują o tym, dlaczego go tak bardzo lubię. Spokojnie mogę uznać go za najlepszy na całym krążku.

 

Swoją drogą to dosyć odważne, gdy muzyk sam krytykuje jeden ze swoich najnowszych albumów.

Nie powiedziałbym, że krytykuję. Po prostu obecnie prawie wszyscy twórcy bardzo ochoczo rzucają oświadczeniami, że to właśnie ta najnowsza płyta, którą nagrali jest najlepszą. Nie zawsze jest. Mówi się tak w celach promocyjnych, mówi się tak też w wyniku ekscytacji spowodowanej premierą czegoś nowego, czegoś, czemu poświęciło się w ostatnim czasie mnóstwo uwagi. Ale czy wiemy, jakie jest nasze najlepsze dzieło pół godziny od premiery tego ostatniego? Nie wiemy. Mi zajęło mnóstwo czasu, aby dojrzeć do myśli, że może to ten pierwszy czy drugi album będzie tym najlepszym. Aby ocenić coś pod tym kątem, trzeba porzucić wszelkie wspomnienia, subiektywne zdanie i być maksymalnie obiektywnym. Wielu artystów tego nie ma. Mają za to w głowie masę pozamykanych szuflad.

 

Dosłownie cztery dni przed naszą rozmową ukazało się "Doomsday Roadburn", wydawnictwo koncertowe Grave Pleasures. Po co komu zapisy z występów na oddzielnym CD czy DVD w czasach YouTube i powszechnego uploadowania wszystkiego do sieci?

Powody są dwa. Po pierwsze, na YouTube ciężko o naprawdę dobre nagranie z koncertu Grave Pleasures, gdzie masz coś godnego czasu widza, a nie typa, który macha komórką i słychać jeden na dziesięć dźwięków. Druga sprawa wynika z kontekstu. Nasz zeszłoroczny koncert na Roadburn jest jednym z najlepszych, jakie kiedykolwiek daliśmy i wiąże się z tym mnóstwo miłych wspomnień. Chcieliśmy więc to unieśmiertelnić. W dobie internetu zapominamy o nawet najlepszych rzeczach z powodu ogromnego przepływu informacji, a jednak fizyczne wydawnictwo postawione na półce każe o sobie pamiętać, tak to widzę.

 

W trakcie tej rozmowy doszedłem do wniosku, że duch dziczy ["Wilderness Spirit" - tytuł jednego z utworów na najnowszym albumie Hexvessel] to chyba najbardziej autobiograficzny z twoich utworów.

Tak, w pewnym sensie można tak powiedzieć [śmiech], ale każdy z kawałków, jakie napisałem ma rys autobiograficzny, ten nie jest wyjątkiem. Rozumiem jednak, co masz na myśli [śmiech].


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive