Tamaryn

Drip of Lies - "Hell"

81%

Drip of Lies to zespół z tendencjami do hibernowania, okazjonalnie występujący, ale - wydawać by się mogło - drugoplanowy w stosunku do innych przedsięwzięć tworzących go muzyków (chociażby The Stubs czy Jad). W ubiegłym roku coś jednak drgnęło, koncertów nagle przybyło i niespodziewanie, po siedmiu latach, ukazał się następca debiutanckiego "Failure".

Dużo się u Drip of Lies w międzyczasie zmieniło i słychać to na "Hell" bardzo wyraźnie. Mniej tutaj uporczywego grania forte, więcej umiejętnego manipulowania dynamiką. Mniej hardcore punkowego testu wytrzymałości instrumentów i wyciskania jak największej ilości gniewu z surowej, niemal garażowej produkcji, więcej kompozytorskiej pomysłowości i jakości brzmienia nieograniczającej odbiorców wyłącznie do zatwardziałych zwolenników wysłużonych kaset magnetofonowych (w tym zakresie zasługi należy odnotować na koncie Haldora Grunberga z Satanic Audio).

 

O tym, że Warszawiacy są dzisiaj znacznie sprawniejszymi kompozytorami, najdobitniej można się przekonać przy porównaniu otwierającego album "Murderer" z utworem, jakim poprzednio pożegnali się. "Outro" z "Failure" uciekało w sludge'owe rejony, wykorzystując obowiązkowe dla tej konwencji sample z ludzkim głosem, monotonne uderzenia w bębny i talerze czy hałaśliwą gitarę w finale. Miało to ciekawy nastrój, ale nie miało własnego charakteru i ten zarzut można w mniejszym lub większym stopniu rozciągnąć na cały poprzedni krążek, nie można go z kolei wytoczyć pod adresem "Hell", które - zgodnie z nazwą - jeszcze wyraźniej niż poprzednik podpalane jest black metalowym ogniem i w tym wydaniu roztacza wyjątkowo złowieszczą aurę.

 

Przewrotnie im wścieklej Drip of Lies brzmi, tym bardziej wpada w ucho, bo także umiejętności pisania zgrabnych melodii wzbiły się na na "Hell" na znacznie wyższy poziom i to nie tylko w porównaniu z "Failure", ale wręcz z niemal całą współczesną sceną crustową. Na przykład w "W.B.C.D" niekiedy na front wysuwa się nakazujący podrygiwanie do rytmu groove, który nie trudno wyobrazić sobie w złagodzonej wersji jako rockowy przebój, a nieco spowolnione i znacznie lżejsze "Hell of Life" dałoby się wpisać w kilkuakordową chwytliwość punk rocka z 1977 roku.

 

Jeżeli do nagrania materiału na tak wysokim poziomie trzeba było aż siedmiu lat przerwy, to warto było czekać. Drip of Lies jest w świetnej formie i można mieć tylko nadzieję, że przez jakiś czas ten projekt pozostanie priorytetem dla stojących za nim muzyków, bo "Hell" zasługuje na to, żeby zjeździć nie tylko polskie kluby, ale przynajmniej także europejskie.


wydanie własne/2019



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive