FRONTSIDE

Jan Jelinek: Wysyłanie sygnałów

Jan Jelinek to kultowa postać w świecie muzyki elektronicznej, ale to kult słuszny, ugruntowany świetnymi albumami. "Loop Finding Jazz Records" czy "Tierbeobachtungen" należą do absolutnej czołówki minimalistycznej elektroniki, której twarzą przez jakiś czas był berliński artysta. Dzisiaj jego zainteresowania sięgają dużo głębiej, w eksperymentalne rejony i inspirujące kooperacje artystyczne.

Po imponującym, pełnym eksperymentów z wokalną materią "Zwischen", w tym roku Jelinek wydał album "Signals Bulletin" z japońskim artystą budującym drone'owe konstrukcje dźwiękowe przy pomocy taśmy i klawiszy - Asuną Arashim. Duet wystąpi na Festiwalu Radio Azja 4 i 5 grudnia w Teatrze Rozmaitości. Odbyliśmy krótką rozmowę z artystą na temat jego związków z Japonią i kulisach nagrania "Signals Bulletin".

 

"Signals Bulletin" to już drugi album, który nagrałeś z artystą z Japonii. Masz jakiś szczególny związek z tym krajem?

Przede wszystkim kierują mną pragmatyczne względy - w Japonii jest wspólnota bardziej sprzyjająca muzyce eksperymentalnej. Dlatego mam więcej okazji, by tam jeździć i robię to przynajmniej raz w roku. Jest tam także publiczność spragniona takich brzmień. To powody praktyczne. Natomiast lubię tam podróżować także dlatego, że czuję się w tym miejscu swobodnie. Z Japonią czuję specjalną więź z powodu przywiązania do estetyki. Podejście do estetyki jest dla mnie ważniejsze niż na przykład język, więc bardzo mi się podoba, że w Japonii wszystko się z nią łączy - od muzyki po jedzenie. Wszystko, nawet najmniejszy obiekt musi spełniać wysokie wymagania, ma swój estetyczny kod. Dlatego Japończycy są tak skupieni na muzyce minimalistycznej, gdzie każdy dźwięk ma poważną funkcję. Co do kooperacji artystycznych - z Masayoshim Fujitą zaczęliśmy pracować razem, bo mieszka w Berlinie, więc kontekst japoński nie miał aż takiego znaczenia - chociaż uważam, że gra bardzo po japońsku. Z Asuną chciałem pracować od dawna - od 2011 roku, kiedy grałem trasę po Japonii z Masayoshim Fujitą. Asuna występował przed nami w swoim rodzinnym mieście, Kanazawie i spodobały mi się jego rzeczy. Kilka lat później odbywałem rezydencję artystyczną w Kioto dzięki Instytutowi Goethego i zaproponowałem naszą współpracę jako projekt w jej ramach.

Twój album z Asuną nazywa się "Signals Bulletin" i powstawał przez trzy lata. Czy przez te spotkania poszliście tropem "biuletynu" - regularności w rozsyłaniu dźwięku?

Przede wszystkim bardzo nam się podobało to trochę zapomniane słowo! [śmiech] Muzyka Asuny jest bardzo gęsta, pracuje nad nią bardzo długo i trochę zajęło mi znalezienie pozycji, swojego miejsca w tym gąszczu. Bogactwo częstotliwości dźwięku było wręcz onieśmielające i ciężko było mi się odnaleźć, chociaż bardzo chciałem. Ostatecznie wyszła nam muzyka obfita w "sygnały", dźwięki, stąd drugi człon tytułu. "Biuletyn" to dla mnie manifestacja sygnałów, dźwięków i wielu warstw częstotliwości w tym samym czasie. Sporą rolę odgrywała także odległość - mogliśmy się spotykać tylko raz w roku, na dwa-trzy dni. To też zdefiniowało tryb pracy nad albumem - Asuna to perfekcjonista, który poświęca wiele czasu każdej części, a ja nie chciałem pracować przez wysyłanie sobie plików.  

 

Muzyka Asuny jest bardziej linearna niż większość twojego dorobku. Przez długi czas byłeś królem loopów. Czy wynikały z tego jakieś interesujące artystyczne spięcia?
To prawda, pracuję na mniejszych odcinkach dźwięku niż on. Dlatego na przykład moja muzyka powstaje dużo szybciej niż jego, szczególnie pod względem aranżacji. I myślę, że te różnice sprawiły, że tak dobrze nam się pracowało, mogłem spróbować innego podejścia. Staram się utrzymywać swoje utwory w granicach czterech-sześciu minut - traktuje to jako kartkę papieru, która mnie ogranicza i którą muszę wypełnić. Wyćwiczyłem sobie pewną formułę, której trzymałem się przez ostatnie dwadzieścia lat. Stąd zmiana trybu pracy była dla mnie bardzo przyjemna. Dla Asuny to nie jest kartka papieru, ale cała długa rolka, format jest dużo szerszy. Razem sporo jamowaliśmy i to nagrywaliśmy, więc ostatecznie musieliśmy dużo rzeczy wyciąć. Ten styl pracy jest bliższy temu, co robię na żywo, kiedy też rozciągam swoje utwory do dłuższych rozmiarów - dziesięć, piętnaście, dwadzieścia minut.

Asuna pracuje bardzo organicznie, wręcz fizycznie. W jednym z niedawnych wywiadów mówiłeś, że znowu interesuje cię przejście bardziej w stronę software'u, wtyczek i oprogramowania, względem sprzętu. Jak było tym razem?

U mnie objawia się to fazowo, czasem idę bardziej w stronę wtyczek VST, czasem preferuję namacalny sprzęt. Ostatnie trzy-cztery tygodnie spędziłem poza studiem, korzystając wyłącznie z mojego komputera, ale przy występach na żywo używam tylko syntezatorów. Kiedy nagrywaliśmy "Signals Bulletin", korzystaliśmy tylko z hardware'u. Nasz setup był bardzo żywy, nie różnił się w zasadzie od mojego zestawu koncertowego. Album nie jest oparty tylko na tych nagraniach - później robiłem postprodukcję już sam, u siebie w studiu. Zresztą moja część w ostatnim utworze na płycie jest w całości nagrana na wtyczce VST. 

 

Biorąc pod uwagę hybrydowy charakter tego materiału, jak przekładacie go na występ na żywo?

Dobre pytanie - jeszcze nie wiemy! [śmiech] W Warszawie mamy w zasadzie premierę światową, zabierzemy się do tego pewnie w listopadzie. Poza wspólnym graniem w studiu, zagraliśmy jeden spontaniczny koncert w Japonii, w Kobe. Graliśmy solo, ale na koniec poszliśmy na żywioł i wspólnie improwizowaliśmy.

 

Myślisz, że postawicie na improwizację czy odtwarzanie materiału z albumu?

Pierwsze dwa utwory są w zasadzie zapisem improwizacji na żywo, nagrane przy pomocy mojego koncertowego setupu, pod względem technicznym czy brzmieniowym będzie łatwo to odtworzyć. Z drugiej strony, ze względu na improwizacyjny charakter, nigdy nie odtworzę tego do końca. Dlatego lubię to łączyć, uruchamiać odniesienia do konkretnych, znajomych punktów z mojej muzyki, ale i tworzyć coś zupełnie nowego. Rzucać nową perspektywę. Podobnie pracuje Masayoshi Fujita - obaj mamy małe, ustalone fragmenty, które wykonujemy, ale poza tym panuje improwizacja. Dla mnie posiadanie repertuaru to zabezpieczenie - jeśli improwizacja nie wychodzi do końca, zawsze możesz wrócić do gotowych elementów. To też granie na żywo, ale wiesz, co masz grać, no i zagranie tych fragmentów w nowym kontekście sprawia, że nigdy nie zabrzmią tak, jak na albumie.

Jan Jelinek i Asuna Arashi wystąpią 4 i 5 grudnia w Warszawie w ramach festiwalu Radio Azja. Więcej informacji TUTAJ.

 


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive