FRONTSIDE

Kim Gordon - "No Home Record"

80%

Pierwszy solowy album Kim Gordon jest jednym z najbardziej nieoczekiwanych krążków tej jesieni. W latach następujących po rozpadzie Sonic Youth - i rozwodzie z Thurstonem Moorem - Gordon poświęciła się bardzo zróżnicowanej działalności artystycznej. Nie zerwała całkowicie z karierą muzyczną (stworzyła projekt Body/Head), ale do tego zorganizowała wystawę w Muzeum Andy'ego Warhola, wystąpiła w filmie "Bez obaw, daleko nie zajdzie" i wydała autobiografię "Dziewczyna z zespołu".

Trzy lata temu Gordon opublikowała "Murdered Out", które stało się zalążkiem solowego wydawnictwa, zatytułowanego "No Home Record". Tytuł jest szczególnie intrygujący, zważając na fakt, że po dekadach spędzonych w Nowym Jorku Kim wróciła do rodzinnej Kalifornii. Jest to rzeczywiście bardzo kalifornijska płyta, w której artystka ironicznie podpatruje styl życia swoich sąsiadów (Golden vanity, You can pee in the ocean, it's free).

 

Gordon po raz pierwszy nawiązała współpracę z zewnętrznym producentem, Justinem Raisenem (Yves Tumor), dzięki czemu "No Home Record" charakteryzuje się eksperymentalnym duchem zbliżonym do "Safe in the Hands of Love". Nie jest to krążek elektroniczny, ale wyraźnie czerpiący z bardzo oryginalnego spektrum dźwiękowego. Gordon nigdy nie traci punkowej energii, niektóre z tych nagrań mogłyby znaleźć się w jej wcześniejszej dyskografii, niemniej wplata w swoje brzmienie szumiące syntezatory i zdradza zainteresowanie współczesnym hip-hopem w nieoczekiwanie trapowym "Paprika Pony". Znaczenie tekstów jest często nieczytelne i emocjonalne, ponieważ Gordon ogranicza szczegóły do minimum, z wyjątkiem nadrzędnego poczucia zmiany, którego obecnie doświadcza.

 

Album rozpoczyna się od "Sketch Artist", dźwiękowej eksploracji śmierci - to jeden z wyróżniających się punktów płyty. W tym porywającym utworze następuje wysublimowana zmiana instrumentacji. Stosunkowo monotonny głos Gordon "wędruje" przez opisywany w tekście chłodny wiatr, a delikatne gitary wychylają się niczym słońce przebijające się przez burzę. "Paprika Pony" może wykorzystywać wspomniane inspiracje trapem, ale pozostałe elementy utworu są bardzo eksperymentalne. Wokal Gordon odbija się od prostego (żeby nie powiedzieć generycznego) beatu, a w tle słyszymy także marimbę. "Murdered Out" to industrialny punk przyszłości, brzmi niemal jak produkcja Trenta Reznora, wyczarowuje wizję dystopijnego krajobrazu. Entuzjastyczny refren podtrzymywany jest przez masywny, nieustający rytm perkusyjny (za który odpowiada perkusistka Warpaint - Stella Mozgawa).

 

Kolejny utwór, "Don't Play it Back", to najbardziej dramatyczna zmiana tonu - wokal Gordon jest zniekształcony i przenika przez ścianę elektronicznych dźwięków. "Hungry Baby" to hałaśliwy, zawzięty punk, zmodernizowane wydanie Sonic Youth, gdzie artystka dotyka piórem tematyki wykorzystywania seksualnego. Dla kontrastu, po tym utworze następuje jedyna piosenką całkowicie wolna od polityczno-społeczna komentarza - "Earthquake". Delikatna i - w kontekście całej płyty - prawie natrętnie cicha piosenka miłosna (This song is for You, if I could cry and shake for You, I'd lay awake for You). Kołyszący się wokal Gordon staje się centralnym elementem nagrania, nabierając bardziej kruchego charakteru.

 

Zamykający album "Get Yr Life Back" nakłada na siebie tematykę osobistą i polityczną: The end of capitalism. Winners and losers... I feel bad for You, I feel bad for me. Esencją krążka jest jednak najlepszy utwór, donośne "AirBnb". Nie jest to całkowicie szyderczy utwór - artystka przyznaje się do czysto estetycznego zainteresowania zdjęciami lśniących mieszkań (Blue towels, and water bottles, Slated walls 47 inch flat TV), jednocześnie określając serwis jako ideę bardzo "amerykańską" w swoim duchu. Gordon krytykuje w ten sposób ludzi uciekających przed samym sobą, próbujących zapomnieć o swoich kryzysach w nieustannej wędrówce, bez stałego zamieszkania. Istotnie, "bez domu".

 

Artystka zaczyna od nowa, a rezultaty należą do najbardziej fascynujących i satysfakcjonujących dokonań w jej karierze. "No Home Record" to Kim Gordon, którą dobrze znamy, ale w nowym otoczeniu. Pod wieloma względami album jest wyrazem wieloletnich zainteresowań Gordon, a fragmentaryczna poetyka tekstów pozostaje niezmieniona. Pomimo dziwacznego sprężenia gatunków, żaden utwór nie wydaje się nie na miejscu, łączy je zasadnicza wizja dysonansu, napięcia, a przede wszystkim niespokojnie poszukujący, nonkonformistyczny duch ich twórczyni.


Matador/2019



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive