FRONTSIDE

God sells, czyli Pastor Kanye

Kanye West przestał być człowiekiem, stał się na poły memem, na poły czarną dziurą zasysającą energię ze wszystkich mediów. Dawniej utalentowany producent, dzisiaj ofiara kultury celebryckiej, która czasem błyśnie muzycznie (jak na przykład zeszłoroczna seria wyprodukowanych przez niego albumów z "Daytoną" Pusha T i "Kids See Ghosts" na czele), żeby zaraz zrobić lub powiedzieć coś piramidalnie głupiego.

Upadek publicznej persony Kanye Westa łączę mniej z problemami psychicznymi, bardziej ze związkami z najbardziej odrażającą emanacją celebryckiego shitshowu, jakim jest rodzina Kardashianów. Co więcej, mam niejasne podejrzenia, że obecne jezuskowanie Kanyego ma podłoże biznesowe, zainspirowane przez praktyki tej upiornej rodzinki. Rodzinki, dodajmy, która cieszy się z niewiadomych względów uwagą, a nawet szacunkiem całkiem poważnych mediów - nie zliczę momentów, kiedy byłem zszokowany, kto pisze pozytywnie o Kim czy Kendall. Nie chcę nikogo pouczać, ale między mną a moimi bóstwami, Kardashianie to najgorszy objaw kapitalistycznej choroby, jaki istnieje i obywatelskim obowiązkiem jest ignorowanie tego szlamu. Wróćmy do Kanyego.

 

Można mieć wiele uwag, co do stylu pracy Westa - od dłuższego czasu korzysta z ghostwriterów, płyty w rodzaju "Yeezusa" były de facto pracą zbiorową pod batutą Ye - ale trzeba mu oddać, że wprowadził sporo innowacji do hip-hopu. Nie byłoby Drake'a i większości współczesnego śpieworapu, gdyby nie "808s & Heartbreak", nie byłoby najbardziej agresywnej fali soundcloudowych raperów, gdyby nie "Yeezus". Nie oceniamy dzisiaj jego dorobku muzycznego, bo to temat zbyt szeroki na krótki tekst, ale przyjrzyjmy się jego przemianie w chrześcijańskiego (?) pastora. Pastora dolara.

Pod względem muzycznym przejście na gospelową nutę może być efektem wpływu Chance'a the Rappera (podobnie jak "Yeezus" był efektem wpływu Travisa Scotta) i to mogłoby zamknąć temat. Ale, jak to u Westa, nie jest to takie proste. Ye nie ograniczył się do deklaracji wiary i prowadzenia Sunday Service - balansujących na pograniczu bluźnierstwa egotystycznych pseudomszy - ale zrobił ze swojej wiary biznes. Na każdym spotkaniu można kupić merch Sunday Service, czasem w duchu limitowanej kolekcji, jak ostatnio na Jamajce. Sam Kanye próbował zastrzec Sunday Service, wpisując się w kuriozalny trend prób objęcia prawami autorskimi rzeczy, które absolutnie się do tego nie nadają - wspomnijmy Beyonce, która chciała zastrzec imię córki Blue Ivy, bo jest to dziedzictwo kulturowe (w czym przeszkadzała firma kosmetyczna o takiej nazwie - oczywiście wokalistka pozwała firmę, istniejącą na długo przed narodzinami jej córki) czy LeBrona Jamesa, obrońcę chińskiego reżimu, a przy okazji koszykarza, który rościł sobie prawo do Taco Tuesday. Założę na chwilę swoją foliową czapeczkę i zadam pytanie: A co z podatkami? Wiele ostatnich ruchów Kanyego nasuwa podejrzenia, że brakuje mu kasy. W dobie streamingu miliony nie płyną tak wartko, jak w czasach CD czy sprzedaży plików. West pozwał wytwórnie Roc-A-Fella i EMI o publishing, wydawniczy maraton z zeszłego roku mógł być eksplozją kreatywności, a może po prostu skokiem na kasę? Prawdy nie poznamy nigdy, ale łatwo sobie wyobrazić, że luksusowy styl życia artysty kosztuje naprawdę dużo.

I tu wkracza Jezus, a w zasadzie Kanye, który trochę chwali Pana, a trochę tym Panem chciałby być (mówimy tu o człowieku, który nagrał "I Am God") - w Sunday Service ładuje dużo swojego ego, muzycznie i osobowościowo. Miewał już w przeszłości przebłyski jezuskowania ("Jesus Walks", duh), ale nie do stopnia, w którym ogłasza, że kończy ze świecką muzyką. Zabawne słowa, jak na kogoś, kto jeszcze niedawno w towarzystwie Lil Pumpa głosił: You're such a fucking hoe, I love it. Prawa podatkowe dla związków wyznaniowych są w Stanach szczególnie łaskawe, a popyt na dewocjonalia absurdalnie wysoki. Czy jezuskowanie Kanyego to cwany plan biznesowy? Trudno będzie poznać prawdę, ale spekuluję, że za chrześcijańskim zwrotem artysty stała prawdziwa wiara, za operacją konwersji znaku krzyża w znaki dolara mogła stać Kim. Kardashianie monetyzują wszystko, począwszy od własnej prywatności w reality show skończywszy na intymności na sekstaśmach i sesjach zdjęciowych. To potwory zrodzone przez najczarniejsze łono późnego kapitalizmu zapłodnione przez zmurszałe prącie kultury celebryckiej. Nietrudno wyobrazić sobie rozmowę po "objawieniu", kiedy Kim uprzejmie podsuwa propozycję kolekcji ubrań, zastrzeżenia nazwy i biletów - bo są to "obrządki" biletowane. Patrzy się na to zabawnie, może z lekkim przerażeniem, ale czy ze zdziwieniem? Na tym etapie chyba już nie. Może kiedy czytacie te słowa, album "Jesus is King" (ach, ta subtelność) jest już dostępny. Może nie, za to nowa kolekcja jezuskowego merchu na pewno. Stare porzekadło głosi: Sex sells, ale chyba jeszcze starsze mówi: God sells.


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive