Mery Spolsky: Trzeba zaakceptować i pokochać siebie

Twórczość Mery Spolsky przyciąga dzięki lekkości i melodyjności, ale istotną rolę odgrywają też szczere i czasem bezkompromisowe teksty pisane przez artystkę z humorem i świetnym dystansem do świata oraz samej siebie. Właśnie ukazał się jej drugi album studyjny - "Dekalog Spolsky", a w przeddzień premiery porozmawialiśmy między innymi o pracy nad tą płytą, odczuciach z nią związanych, tekstach piosenek i "Bigotce" - zarówno ciastku, jak i piosence oraz teledysku, który do niej powstał.

Mateusz Stypuła: Jak czujesz się dzisiaj, w przeddzień premiery?

Mery Spolsky: Z racji tego, że jest coś takiego jak Spotify i Tidal, gdzie już o północy płyta będzie dostępna, siedzę jak na szpilkach i czekam na reakcje. Wczoraj miałam oficjalny odsłuch płyty dla mediów i pierwszy raz zobaczyłam reakcje ludzi.

 

Jakie masz odczucia po tym odsłuchu?

To był mój pierwszy przedpremierowy odsłuch płyty. Nie wiedziałam, jak to będzie wyglądało, bo nigdy wcześniej nie byłam na takim wydarzeniu. Jest to nieco krępujące - siedzieć na scenie i słuchać własnych numerów, patrząc na twarze innych słuchaczy. Ale też pociągające, bo widziałam jak przy utworze "Szafa Meryspolsky" ludzie się faktycznie wzruszyli. Widziałam ogromne uśmiechy na twarzach osób oglądających przedpremierowo klip do "Bigotki". Miałam tego wieczoru ciągle ciarki. Jestem bardzo wdzięczna Gabi Drzewieckiej, że tak ciekawie poprowadziła to wydarzenie i naszą rozmowę. Miałam okazję opowiedzieć o płycie i coś więcej o każdym utworze. Mam nadzieję, że ludziom się podobało. Ja byłam zachwycona.

Jak w twojej głowie zrodził się "Dekalog Spolsky"?

Dwie rzeczy wpłynęły na to, że postanowiłam, aby moja druga płyta była dziesięciopiosenkowym dekalogiem. Po pierwsze, od zawsze miałam manię, by zapisywać sobie na kartce jakieś postanowienia - czy to na nowy rok, czy jak miałam gorszy czas, zapisywałam sobie dziesięć punktów, o których muszę pamiętać i codziennie na nie patrzeć. Pomyślałam sobie, że to jest świetna okazja, żeby zrobić płytę o moich prywatnych dziesięciu zasadach, dziesięciu przykazaniach spolsky. A drugą inspiracją była twórczość mojej mamy. Twórczość domowa, ponieważ mama rysowała grafiki i zainspirowała się biblijnymi dziesięcioma przykazaniami nie będąc osobą wierzącą. Namalowała je na swój sposób, każde zwizualizowała. Dla mnie te dziesięć przykazań to takie moralne drogowskazy i zasady, które można interpretować na własny sposób. Połączyłam więc te dwa czynniki, które mnie od zawsze w życiu prowadzą i zrobiłam płytę.

 

Mama tak bardzo cię zainspirowała?

Tak. W zasadzie dzięki niej zaczęłam na sztukę patrzeć wielowymiarowo. Wszystko, co robimy, nawet głupi rysunek domowy podczas rozmowy telefonicznej, taki zwykły szkic, może coś za sobą nieść. Dlatego też w moim projekcie jest, oprócz muzyki, dużo mody i innych wizualnych rzeczy.

 

To, co mówisz od razu kojarzy mi się z nieoficjalnym dress codem obowiązującym na twoich koncertach.

Tak. Ludzie przychodzą na koncerty ubrani w paski, malują na twarzach krzyże i nie dość, że wyglądają bardzo fajnie, to jeszcze jest to super miły akcent, że tak się przygotowali. A potem, jak na wspólnym zdjęciu ekstra wyglądamy, to już w ogóle szał.

 

A co ukształtowało ciebie w procesie powstawania tej płyty?

Bardzo skupiałam się na tekstach, więc na pewno moja technika pisania wspięła się na wyżyny moich możliwości. Nie dość, że bardzo mi zależało na wyszukanych zabawach słownych, szukałam odpowiednich rymów, żeby nie były oczywiste, chowałam dużo wielowymiarowych metafor, żeby ktoś mógł odnaleźć na tej płycie jakieś aluzje do moich inspiracji. Dlatego w piosence "Mazowiecka kiecka" jest ukryta mała wzmianka o Dawidzie Podsiadło, o Nosowskiej. Myślę, że teksty były dla mnie najważniejszym czynnikiem i od nich się też zaczęło. To było coś, nad czym długo siedziałam.

Ona krzyczy pas, malinowy las albo: Tamten nie ma fal, oni mają raj.
To cytaty z "Mazowieckiej kiecki" nawiązujące do Dawida Podsiadło, The Dumplings, Darii Zawiałow i do Kasi Nosowskiej. To są takie moje polskie inspiracje, bardzo cenię tych artystów. Piosenka traktuje o tym, że oni wydają super single, a ja po prostu siedzę i nic nie mam w głowie [śmiech]. To utwór o braku weny i o tym, że jak brakuje weny, to ruszam na imprezę, która może mnie jakoś zainspiruje. Ale potem dochodzę do wniosku, że jednak te imprezy to tylko odciągają od twórczości, a nie przyciągają.

 

Właśnie, bo ulica Mazowiecka, która pojawia się w tekście "Mazowieckiej kiecki" to ta w Warszawie, tak?

Tak. Tutaj taki mały inside - jest to typowo imprezowa ulica, która już w tym momencie nie kojarzy się zbyt modnie, raczej należy do takich bardziej passé adresów. Ale cały czas z klubami. W związku z tym ten utwór jest przewrotny. Mazowiecka kiecka nie ma się kojarzyć z czymś dobrym, tylko właśnie z taką trochę kiczowatą imprezą.

 

Ale jak słucham tej piosenki, to mam ochotę tańczyć po pokoju.

To bardzo słuszny czynnik i o to mi chodziło, żeby pierwszy utwór na płycie zachęcał do ruchu.

 

To nie tylko pierwszy utwór, bo cała płyta ma w sobie ten "czynnik".

Bardzo dziękuję, cieszę się.

 

Wcześniej wspomniałaś "Szafę Meryspolsky", a to bardzo emocjonalny i poważniejszy moment na płycie. Śpiewasz o swojej mamie i to faktycznie wzrusza.

Bardzo chciałam, żeby na drugiej płycie był oficjalny hołd dla mojej mamy, która była dla mnie bardzo ważna. Nie dość, że była moją inspiracją i mentorką życiową, to jeszcze moją największą fanką. W książeczce dołączonej do płyty są grafiki, które kiedyś narysowała - tak zwane zakonnice na śmiesznie, ze śmiesznymi imionami, które wspólnie wymyśliłyśmy. Nie mogło zabraknąć utworu specjalnie dla niej. Po pierwsze z fizycznego punktu widzenia bez niej nie byłoby mnie, ale też z mentalnego punktu widzenia ona mnie ukształtowała. Ten utwór musiał się znaleźć na płycie. Wiem, że na niektórych działa wzruszająco i łza się pojawia w oku, ale to jest mój dekalog, moje dziesięć zasad, a w nich jest ta mówiąca o tym, żeby nie zapominać o mamie i mieć ją cały czas w sercu. Cieszę się, że to wzrusza ludzi, niemniej nie było moim celem, aby specjalnie wzbudzało litość. Mam nadzieję, że to tylko sentymentalne wzruszenie.

 

W moim odczuciu to nie wzbudza litości.

Bardzo dobrze, bo tego uczucia nie lubię. To bardziej taki hołd, żeby pamiętać o swoich mentorach, o swoich bliskich osobach. W moim przypadku była to moja mama. Mimo tego, że odeszli z naszego życia, to są w głowie, bo coś nam kiedyś przekazali. O tym mówi ten numer.

 

Śpiewasz tam o nagrywaniu szumów sukienek. To tak na poważnie?

Absolutnie na poważnie. Cała płyta jest tak stworzona, że rytmiczne dodatki - czy w "Mazowieckiej kiecce" czy właśnie w "Szafie Meryspolsky" - to odgłosy z mojej szafy, które nagraliśmy z producentem No Echoes. Zamknęliśmy się u mnie w domu, zebraliśmy moje ulubione buty, płaszcze, sukienki, tiule i nagraliśmy to na mikrofon. Potem cięliśmy jako sample i wykorzystywaliśmy w utworach. To nie jest żart. Wszystko jest wyjęte z szafy.

Jak wpłynęła na ciebie i twoją twórczość współpraca z No Echoes?

Bardzo mnie otworzył na analogowe brzmienia. Pokazał mi mnóstwo analogowych syntezatorów. Specjalnie na czas pracy nad tą płytą kupił sobie syntezator Dave'a Smitha, który dla mnie odkrył magiczny świat techno i rave'u, bo miał tyle brzmień tego typu, że zakochałam się. To on mnie trochę przekabacił na stronę analogowego myślenia. Chociaż oczywiście dla słuchaczy ta płyta brzmi tak, że ciężko stwierdzić, czy to jest analog, czy cyfra. Ale dla mnie właśnie najważniejsze było to, że w końcu nauczyłam się korzystać z takich sprzętów i wszystko robiłam z nim sama. Siedzieliśmy, kręciliśmy wszystkie brzmienia od zera. Nie ma na tej płycie żadnych brzmień z komputera, gotowych, tylko wszystko jest na gałce przez nas pieszczotliwie wykręcone. No Echoes mnie tego nauczył i tchnął w tę płytę świeżość, której sama bym w życiu nie osiągnęła. Także jestem mu wdzięczna.

Cała płyta rzeczywiście jest świeża i bardzo spójna brzmieniowo.

Naprawdę długo siedzieliśmy nad tym, aby wszystkie utwory miały wspólny mianownik. Po pierwsze żeby miały namiastkę techno, ale żeby nie straciły piosenkowości.

 

W niedawnym wywiadzie wspominałaś o słownych zabawach w SMS-ach, które w pewien sposób zainspirowały "Bigotkę". A jak jest z pozostałymi tekstami?

Chciałam, żeby każdy utwór miał inną stylistykę i literacką zabawę. "Bigotka" to rzeczywiście bawienie się rymami, które są tylko dopowiedzeniem w głowie, bo wszystkim rozbrzmiewa na końcu słowo całkiem inne niż się pojawia. Ale na przykład w utworze "FAK" bardzo mi zależało na tym, aby tekst był mocno plastyczny i można było go wyrapować w sposób fonetyczno-wygodny. Dlatego bardzo długo siedziałam nad plastyką słowa, żeby utkać fragmenty takie jak: A z gimbazy bohomazy bez urazy dla tej frazy/Tyle razy te wyrazy generują mi przekazy. Chciałam żeby te słowa były odpowiednio dobrane. Zależało mi na rytmice. W "Mazowieckiej kiecce" chciałam pochować aluzje do muzycznych inspiracji. W "Cielistych rajstopach" bardzo mi zależało na tym, aby to był dwuwymiarowy numer i metafora cielistych rajstop była mocno ukryta. Na pierwszy rzut oka utwór jest tylko i wyłącznie o faktycznych częściach garderoby, a gdy się wsłucha głębiej, to utwór ma charakter, który - jak uważam - też potrafi być cielisty. A cielisty charakter to zły charakter. Mdły i bez wyrazu. Chciałam, aby każdy numer tekstowo miał jakąś zabawę. Zależało mi też na tym, aby cała płyta łączyła się w aluzje do zabaw językiem kościelnym. W "Technosmutku" jest właśnie: Technoamen, wegański ramen, na wieki wieków a-moll. W pierwszym utworze jest: Szczęść noże słowa tworzę. W "Bigotce" jest: Bój się boga, bój, bój, bój, a w "FAK-u" jest fragment z ołtarzem. Każda z piosenek ma w sobie małą aluzję do symboliki kościelnej, która na tej płycie jest dosyć często wykorzystywana. Pojawia się wydłużony krzyż, na okładce jest coś w rodzaju aureolki.

 

"Cieliste rajstopy" zdają się mówić o samoakceptacji i niegodzeniu się na zmiany na siłę.

To jest utwór o wyglądzie. O tym, że wcale nie muszę być taka, jak wszyscy i nosić tych samych ubrań. Mogę być bardziej kolorowa. Ale to też utwór o wnętrzu. Można być szalonym i nie ma w tym niczego złego.

 

Mam wrażenie, że dużo ludzi może się z tym utożsamiać.

Mam nadzieję. Chciałabym, żeby ta płyta posłużyła jako inspiracja dla ludzi i będzie trochę namawianiem do wierzenia w siebie.

 

Każda dziewczyna ma wierzyć w siebie jak w "Sorry From the Mountain".

Na przedpremierowym odsłuchu płyty spotkałam się z opinią od chłopaków, że mimo tego że jest tam: Każda dziewczyna ma wierzyć w siebie, to oni też uwierzyli. Więc mam nadzieję, że to trafi też do facetów.

 

Jak to jest z blond włosami do których nawiązujesz zarówno w "Cielistych rajstopach", jak i w "Blond włosach"?

Jestem brunetką. A zawsze jest tak, że marzy się o tym, czego się nie ma. Jako brunetka chciałabym mieć blond włosy. Jak ktoś ma kręcone włosy, chce mieć proste. Myślę, że wiele osób wie, o co mi chodzi, bo wiele moich znajomych też tak ma. Utwór jest też trochę o tym, że zawsze coś w sobie nie będzie nam pasowało i będziemy dążyć do wyidealizowanej wersji, marzyć o tym, żeby być kimś innym. Ale jak już się staniemy tym kimś innym, to nagle się okaże, że też nam to nie pasuje. Dlatego utwór kończy się puentą, że mój włos w kolorze blond to był wielki błąd. Bo jak bym była teraz z powrotem blondynką, to bym po jakimś czasie marzyła o byciu brunetką. Utwór jest przypomnieniem, że trzeba zaakceptować i pokochać siebie. Nawet jeżeli się zmienimy na tę naszą wyidealizowaną sylwetkę i pofarbujemy włosy na wymarzony kolor, to nadal nie będzie "to", jak nie zaczniemy siebie kochać.

 

Dokładnie, piękne przesłanie.

Dziękuję, mam nadzieję, że będę o tym pamiętać.

Nieco grime'owy beat" KA" jest bardzo ładnie skontrastowany z "kulturalnym" tekstem. Czy to było zamierzone?

Bardzo chcieliśmy, żeby utwór zahaczał wręcz o komizm, żeby był taki mocno "na swagu" i podczas refrenu wjechał bezkompromisowy bit, który powinien być okraszony twerkującymi murzynkami. Utwór jest o przeklinaniu, ale w sposób kulturalny. Także chodziło o kontrast.

 

Można sobie coś takiego wyobrazić.

Gdyby był klip, na pewno by wjechały twerkujące dziewczyny.

 

Czekam też na zapowiedziany klip do "Bigotki".

To jest coś, co na tym przedpremierowym odsłuchu mroziło mi krew w żyłach - jak spodoba się klip do "Bigotki"? Byłam wzruszona, że ludzie się na nim śmiali. Jest trochę ironizujący. Nie jest na poważnie, ale dla jaj i ma w sobie dużo gagów. Mam nadzieję, że się wszystkim spodoba.

 

To trochę jak w samym tekście do "Bigotki" i pewnie się to ładnie zazębiło.

A w klipie pojawia się bigotka, czyli ciastko, które zainspirowało mnie do napisania tego utworu. Piosenka powstała po spotkaniu w kawiarni, gdzie zjadłam po raz pierwszy ciastko o nazwie bigotka. Teraz, po roku, w klipie pokazaliśmy bigotki, dokładnie z tej samej kawiarni. Uważam, że to super klamra. Polecam, bardzo dobre.

 

Nigdy nie jadłem.

Takie ciastko-ptyś z kremem. Zagrała w klipie i chociażby dlatego polecam go obejrzeć. Przeżywa tam różne katusze.

 

Zostaniesz zalana zachwytami, skargami i skowytami.

Bardzo mi miło, że cytujesz. Mój ostatni utwór nakłania do tego, żeby mieć po tej płycie jakieś refleksje. Czy będą złe czy dobre, to już mniejsza z tym. Byle by ona coś wzbudziła.

 

Skąd wziął się pomysł na "Technosmutek"? Tekst zarówno rozśmiesza, jak i skłania do przemyśleń, a i muzycznie piosenka bardzo ładnie brzmi.

Śmialiśmy się z No Echoesem, że nasz styl muzyczny wykreowany w tej płycie to trochę techno, choć nie do końca prawdziwe. To techno romantyczne, bardziej lekkie, stąd pomysł, żeby zrobić o tym utwór. "Technosmutek" jest takim stworem-wytrychem określającym całą płytę. Pod silnymi techno brzmieniami cała płyta w sumie opowiada o smutnych rzeczach, smutnych przemyśleniach. Ale wszystko to jest okryte wesołym, tanecznym płaszczem. Bardzo chcieliśmy, żeby ostatni numer na płycie mówił o tym, że niech ci nie będzie smutno, jeżeli jest ci smutno. Żeby podkreślał całą ideę, którą ma nieść moja płyta - poprawianie humoru. Dlatego w refrenie jest: Smutno mi/Technosmutek/Niech ci nie będzie smutno. To ostatni numer, więc chcieliśmy zostawić dla słuchacza takie pocieszenie. Płyta się kończy, ale niech ci nie będzie smutno. Zawsze możesz ją odpalić od początku.

 

Ale jest jeszcze "Ups!" z Igorillą. Pierwszy numer, zapowiadający to wszystko.

Utwór "Ups!" jest jako bonus na płycie, bo nie wybaczyłabym sobie, gdyby nie znalazł się na jakimś nośniku i przepadł w dżungli YouTube'a. Zrobiliśmy go z naszym serdecznym przyjacielem, Igorillą. Od "Upsa!" zaczęła się cała nasza współpraca z No Echoesem i tak powstała płyta.

 

Biorąc pod uwagę liczbę wyświetleń, raczej nie przepadnie w dżungli YouTube'a.

Jestem w szoku, że "Ups!" tak się spodobał i dobił do miliona wyświetleń w mniej niż rok po premierze. Bardzo mi miło.

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive