Tamaryn

To nie jest hip-hop, czyli o potencjale tradycji

Dzisiejsze trendy w hip-hopie wyznaczają trap i pop rap. Dzięki aranżacyjnemu i produkcyjnemu otwarciu na inne stylistyki i przystępne melodie, hip-hop stał się najpopularniejszym gatunkiem na świecie. To oczywiście najbardziej krwiożerczy moment w historii branży, bo tort jest wyjątkowo wielki, ale i konkurencja niesamowita. Dodajmy do tego relatywnie niski próg umiejętności, potrzebny do nagrania w miarę profesjonalnych utworów i mamy do czynienia z sytuacją, w której można naprawdę wiele zyskać, ale przy gigantycznym wysiłku i jeszcze większym ryzyku, że się nie uda.

W takim otoczeniu pozycja bardziej tradycyjnego rapu - niekoniecznie opartego na kanonicznej, nowojorskiej wersji z lat 90., ale na przykład na respektowaniu klasycznych technik rymowania (i oczywiście z obrosłym wieloma mitami "przekazem") - była w ostatnich latach dość osłabiona. Zmieniły się realia, zmieniła się publiczność, która stała się dużo bardziej masowa, a co za tym idzie, dużo mniej zorientowana czy to w kanonie, czy w tradycyjnych ocenach, jakim do tej pory podlegał rap. Zmieniła się też strona artystyczna - wiele postaci młodego pokolenia wprost deklarowało ignorowanie czy wręcz niechęć do kultowych postaci z zamierzchłych czasów. To naturalna kolej rzeczy, ale kolej, z którą wielu fanom i fankom klasycznego rapu jest nie po drodze. To prowadzi do głosów o "upadku hip-hopu" i krytykowania nowych trendów jako czegoś, co "nie jest rapem".

Ciężko mówić o tym, że ta tendencja się odwraca. Ale są jaskółki, które pokazują, że zapotrzebowanie na bardziej klasyczny rap może być większe, niż sądzą fataliści. W tym roku pojawiły się świetnie przyjęte krążki YBN Cordae i Rapsody - ten pierwszy otarł się nawet o coś w rodzaju mainstreamowego sukcesu. Mimo że nie są to płyty stricte trueschoolowe - ich produkcja jest nowoczesna, choć z wieloma ukłonami w stronę tradycji - to podążają za wytycznymi tradycyjnego rapowego liryzmu. Mają coś do przekazania, robią to w przemyślany sposób. YBN Cordae zresztą ma na koncie utwór, w którym wprost mówi o pokoleniowej przepaści i sposobach jej zasypania - w odpowiedzi na "1985" J. Cole'a (który krytykuje młode pokolenie raperów) nagrał "Old N*ggas", zaskakująco trzeźwą i trafną obronę hip-hopowej młodzieży. Zresztą sam Cole przemyślał swoje stanowisko i wydał "Middle Child", kapitalny numer, który ma być pomostem pomiędzy starą a nową generacją. Ba, nawet Offset z Migos i 2Chainz stali się wyjątkowo refleksyjni na swoich ostatnich krążkach, a na wydanej niedawno płycie "Kirk", wznosząca się gwiazda rapu DaBaby też porzucił pustosłowie na rzecz czegoś bardziej treściwego (choć bez przesady, mówimy o człowieku, którego ulubionym adlibem jest "bitchhhh").

Coraz większą popularnością cieszy się również wytwórnia Griselda Records, dom trzech gangsterów z Buffalo - Benny'ego the Butchera, Conway'a the Machine i Westside Gunna. Mroczny, miejscami eksperymentalny uliczny hip-hop od ekipy trafia w nieoczekiwane miejsca - wystarczy sięgnąć do wywiadu z piekielnymi grindcore'owcami z Full of Hell, by przeczytać miłe słowa pod adresem wydawnictw Griseldy. Każdy z trzech raperów ma unikalny styl, każdy oferuje wgląd do ponurego świata ulicznych porachunków. Trudno mówić tutaj o mainstreamowym sukcesie, ale trio z Buffalo pojawia się na radarach wielu bardzo popularnych rapowych mediów, jak na przykład The Breakfast Club, cieszy się również uznaniem Jay'a-Z i eminemowego Shady Records. Sukces wytwórni jest zbudowany na wielkich umiejętnościach, ale i interesującej historii kapitalizującej zainteresowanie zakazanym światem (ale w bardziej autentyczny sposób niż nieszczęsny Tekashi 6ix9ine) i dotyczącej zupełnie bezkompromisowych ludzi, co w dzisiejszym rapie bywa rzadkością.

 

Nie znaczy to oczywiście, że nagle będziemy mieli do czynienia z umocowaniem świadomego rapu na tronie popularności, ale jego znaczenie będzie rosło także dlatego, że pop lubi żerować na hip-hopowych patentach, a trapowe bity i próby nawijki ma na swoim koncie nawet Taylor Swift. Nie będą dziwić próby zdystansowania się od tego świata. Tym bardziej, że wiele jego największych gwiazd, jak na przykład Drake, już dawno wyrosła daleko poza rap, stając się kolejną przezroczystą gwiazdą popu, która chętnie zaśpiewa po hiszpańsku w reggaetonowy sztosiku lub poudaje karaibski vibe. Nie bez znaczenia będzie też pogarszająca się sytuacja na świecie - trwająca już katastrofa klimatyczna czy nadchodzący powoli kryzys ekonomiczny będą sprzyjać odejściu od zapełnionej pustosłowiem, materialistycznej muzyki. A tym od jakiegoś czasu jest mainstreamowy rap, który oczywiście kocham, ale nie jest to miłość bezwarunkowa (jeśli ktoś mówi, że w takim razie to nie miłość - być może, każdy kocha, jak umie!).

Hip-Hop na żywo nie daje rady... jeśli go nie rozumiesz


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive