Killer Sofa. Dybuk zaklęty w... fotel

93%

Nie żebym się chwalił, ale w kwestii doboru morderczych bytów trudno mnie zaskoczyć. Chyba już każdy element ziemskiej fauny typowano do roli czarnego charakteru w horrorze, były wszystkie te pozornie słodziutkie przedmioty typu bałwanek albo piernikowy ludzik, był też pełen zestaw RTV i AGD. Zwiastun "Zabójczej sofy" nie zrobił więc na mnie aż tak dużego wrażenia, ale już sam film... To właśnie dla takich produkcji wymyślono określenie "tak zły, że aż dobry".

Tytuł "Killer Reclining Chair" pewnie nie byłby aż tak nośny, jak tytuł "Killer Sofa", niemniej jestem pewien, że nie mamy tutaj do czynienie z "zabójczą sofą", a raczej z "zabójczym fotelem rozkładanym z podnóżkiem", co po polsku brzmi jeszcze gorzej... To ten typ siedliska, który umiłowali sobie Joey i Chandler z "Przyjaciół", ale reżyser i scenarzysta Bernie Rao (to jego pełnometrażowy debiut) postarał się, by nadać mu demoniczną aparycję nawet bez użycia efektów specjalnych. Okazuje się, że wystarczą dwa guziki i dwie zmarszczki, a już wyłania się zarys wyjątkowo paskudnego mebla.

Sofa (czy fotel) w swojej naturze zdaje się być przedmiotem raczej łagodnym, więc choćby nie wiem jak się gimnastykować, prawdziwej grozy wzbudzić nie może i "Killer Sofa" - rzecz jasna - jest jednym z tych horrorów, które mają przede wszystkim śmieszyć, do czego wystarcza mu już dwadzieścia minut - pierwszy, drobny atak; złowieszcze zerkanie mebla przez okno i... scena łóżkowa? Sofowa? Fotelowa? W każdym razie erotyczna... Żaden z tych fragmentów nie sprawdziłaby się jednak tak dobrze, gdyby Rao puszczał w nich oczko albo pozwolił sobie na choćby śladową aluzję, że mamy tu do czynienia z wygłupem.

To najczęściej popełniany błąd przez współczesnych twórców niskobudżetowych horrorów klasy B - tak bardzo chcą pokazać, do czego nawiązują, że każdy jeden żart okazuje się spalony i wymuszony, a co najgorsze, cały scenariusz zdaje się byś jednym wielkim żartem. "Killer Sofa" to z kolei film, który udaje tylko jedno - że został zrealizowany na serio. Przypomina pod tym względem jeszcze bardziej niedorzeczne "Jesus Shows You the Way to the Highway", ale właśnie dzięki szaleństwu ujętemu w samym scenariuszu i ordynarnemu amatorstwu jest rozrywkowy w ekstremalnym stopniu.

Nie bez znaczenia jest miejsce, w którym "Killer Sofa" powstawało - nowozelandzki czarny humor to prawdopodobnie ostateczna forma żartu, na jaką ludzkie istotny stać. "Co robimy w ukryciu", "Deathgasm", "Areszt domowy", "Turbo Kid" czy nawet "Martwica mózgu" to perfekcyjne połączenia absurdu z powagą i artystycznych wizji z mikrobudżetem, balansowanie na granicy dobrego smaku i nieustannego prowokowania widza do zadawania sobie pytania: Czy to jest na serio, czy ktoś mnie wkręca?. Oczywiście nie każdemu tego rodzaju trumienny humor będzie w smak (prawdopodobnie błędnie zakładam, że jest nas więcej niż garstka), ale jeżeli w opisie powyżej odnajdujecie własną charakterystykę, ten film was zniszczy. Zniszczy wasze podbrzusza i gardła, wywołując napadowe ataki śmiechu.

 

"Killer Sofa" w równym stopniu zasługuje na maksymalną, jak i na minimalną notę - wszystko zależy od poziomu waszej słabości do campowej estetyki. Mój jest wręcz zaślepiający, bo nie potrafię w debiucie Rao odnaleźć żadnych wad. W swojej klasie dybuk zaklęty w fotel/sofę i jego zaborcza, pełna zaskakujących zwrotów akcji miłość do ludzkiej kobiety są przebłyskiem geniuszu.


Killer Sofa

Nowa Zelandia, 2019

Lanzadera Films

Reżyseria: Bernie Rao

Obsada: Piimio Mei, Harley Neville, Jim Baltaxe


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive