Ad Astra

65%

Nowa kinowa tradycja mówi, że jesień to czas wysokobudżetowych wypraw w kosmos. "Ad Astra" odbiega jednak od typowych produkcji tego rodzaju i oferuje o wiele spokojniejsze i wolniejsze spojrzenie w międzygwiezdną otchłań.

Od paru lat jesień w kinie kojarzy mi się z wyprawami w przestrzeń kosmiczną. Tak się złożyło, że filmowcy z Hollywood chyba wybrali ten okres jako najlepszy do pokazywania międzygwiezdnych wojaży. Jesienią mogliśmy oglądać chociażby "Grawitację", "Marsjanina", "Interstellar" czy zeszłorocznego "Pierwszego człowieka". Wszystkie te tytuły były produkcjami głośnymi i z gwiazdorską obsadą. W tym roku także mamy okazję polecieć w kosmos, mając za przewodnika jedną z czołowych twarzy Hollywood, czyli samego Brada Pitta (którego wszyscy znowu kochamy po ostatnim występie u Tarantino). "Ad Astra" okazuje się kinem efektownym, choć mocno niedzisiejszym. Jest w nim dużo ambicji, choć boryka się z bardzo dużymi problemami fabularnymi.

 

Niedaleka przyszłość, ludzkość coraz śmielej poczyna sobie z eksploracją kosmosu. Księżyc jest już zamieszkały, a na Marsie istnieją bazy badawcze. Jednak pojawia się wielkie zagrożenie - z kosmicznej otchłani przybywają na Ziemię tajemnicze fale elektromagnetyczne, które stanowią niebezpieczeństwo dla naszej cywilizacji. Ich źródłem okazuje się dryfujący nad Plutonem statek zaginionej przed laty ekspedycji kierowanej przez niejakiego Clifforda McBride'a. W celu skomunikowania się z zaginionym naukowcem w podróż wyrusza jego syn, Roy, czyli główny bohater tej opowieści.

Fabuła "Ad Astry" nie jest skomplikowana, można powiedzieć, że tak naprawdę służy za pretekst. Może to zabrzmieć jak wada, ale w tym wypadku im mniej twórcy każą nam się skupiać na samej akcji, tym lepiej, bo ta jest tak wypełniona absurdami i zwykłymi durnotami, że trudno się na niej skupiać bez poczucia zażenowania. W tym momencie można by powiedzieć: Ale przecież pewne przekłamania i głupotki są wręcz wpisane w filmy o eksploracji kosmosu. Owszem, ale scenarzyści "Ad Astry" próbują nam wmówić, że oglądamy historię, w której podchodzi się do sprawy poważnie. Im dalej jednak w las, tym mniej ktokolwiek starał się utrzymać taki stan rzeczy, a niektóre zdarzenia wręcz wykluczają się z tym, co było nam tłumaczone wcześniej.

Na szczęście "Ad Astra" to jeden z tych filmów, które potrafią wynagrodzić scenariuszowe braki za sprawą oferowanej atmosfery. Akcja gdzieś tam się toczy, ale ważniejszy jest ten charakterystyczny filozoficzno-senny klimat związany z aurą podróży w nieznane. Jak na wysokobudżetowe kino science-fiction, mamy tu do czynienia z obrazem wyjątkowo spokojnym, przyjemnie się snującym. Narracja bardzo mocno opiera się na monologu wewnętrznym bohatera, którego głównym problem jest emocjonalna pustka. Ta podróż w coraz mniej ludzkie rejony jest także wyprawą w głąb psychiki bohatera. Kiedy "Ad Astra" skupia się właśnie na tym, pokazując przy okazji piękno kosmicznego ogromu, wtedy jest naprawdę dobrze. Obraz i muzyka potrafią być bardzo hipnotyzujące (widać duże inspiracje klasykami takiego kina, choćby oczywistą "2001: Odyseją kosmiczną"), zwłaszcza kiedy nie są przerywane kilkoma niepotrzebnymi, dynamicznymi scenami akcji. Nie są one tu potrzebne, bo dla przeciętnego odbiorcy film i tak okaże się "kosmicznym nudziarstwem" i żadne mające na celu zwiększenie intensywności atrakcje tu nie pomogą. Jakby twórcy chcieli postawić ten krok, ale jedną stopą trzymali się jeszcze bezpiecznej strony.

"Ad Astra" ma to szczęście, że należy do nurtu, który w kinie pojawia się bardzo rzadko. Wysokobudżetowe science-fiction nie kuszące wybuchami i wartką akcją? Przecież to się nie sprzedaje. Dlatego wygłodniali fani i tak powinni wybrać się na seans. Najlepiej do obiektu mogącego zapewnić naprawdę dużych ekran. Strona wizualna opiera się tutaj w dużej mierze na ogromie przedstawianych widoków, więc warto nie zmarnować tej szansy. Ocena poniżej jest dość niska, bo nie mogę uczciwie przymknąć oka na te wszystkie durnoty, ale kto ma w sercu kosmos, ten nie powinien aż tak się nią przejmować. Zwłaszcza, że Brad Pitt jako smutny przewodnik co chwilę przypominam nam, że to emocje i niedająca się zaspokoić ciekawość są tu ważniejsze.


Ad Astra
USA/Brazylia/Chiny, 2019
Twentieth Century Fox
Reżyseria: James Gray
Obsada: Brad Pitt, Tommy Lee Jones, Ruth Negga


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive