Rambo: Ostatnia krew. Nostalgiczny fanserwis

50%

"Będę walczyć, by pamięć o nich żyła" - w finałowej scenie "Ostatniej krwi" John Rambo w monologu przypominającym melorecytacje Iggy'ego Popa dedykuje swoją krucjatę zmarłym bliskim, tylko czy pamięć o nim samym nie zostanie zatarta przez kolejne tego rodzaju wyskoki? No i jak do tego doszło, że Rambo ma bliskich?!

Od ostatniego spotkania z synonimem jednoosobowej maszyny do zabijania minęło jedenaście lat, w tym czasie Rambo pozbył się charakterystycznej fryzury, wrócił do Stanów Zjednoczonych, a nawet stworzył coś na kształt rodziny. Przez tak długi czas życie faktycznie potrafi odmienić się diametralnie, ale ze scenariusza dowiadujemy się, że nasz ex-żołdak przynajmniej od dekady ma styczność z pewną pochodzącą z Arizony rodzinką, a to już przestaje się trzymać kupy i stanowi największą bolączkę filmu - to nie jest historia o Rambo, to historia jakiegoś starszego faceta, który szuka zemsty, a żeby znaleźć przy okazji wysoki przelew na koncie producentów, dostał nazwisko po ikonie kina akcji.

O tym, że nawet wiekowego Rambo da się pokazać w interesujący sposób można było się przekonać przy części czwartej, rzecz jasna nie dorównującej pierwowzorowi, ale przewyższającej pozostałe sequele powagą, ponurością i przede wszystkim bezpardonową brutalnością. Adrian Grunberg (reżyser całkiem udanego powrotu Mela Gibsona w "Dorwać gringo") poszedł w tym kierunku i czasami trafia na ciekawe tropy, chociażby ograbiając Rambo ze statusu przerysowanego herosa lat 80., który na własną rękę jest w stanie eliminować całe armie. Tutaj w pierwszej połowie filmu Stallone pokazuje, że jego postać nie ma już sił prężyć mięśni, zostaje pobity, pokiereszowany, traci kultowy nóż, o którego plastikowej wersji niegdyś marzyło każde dziecko (co swoją drogą jest dzisiaj nie do pomyślenia). Gdyby to zgłębić, stworzyć "Old Man Rambo" na wzór "Logana", moglibyśmy otrzymać ciekawą historię, a nawet przywrócenie serii jej dramatycznych właściwości, które skutecznie ukazano tylko w "Pierwszej krwi". To był jednak zbyt duży ciężar dla Grunberg, przez co już na starcie spalony scenariusz zostaje dodatkowo kiepsko zrealizowany.

Pozornie osłabiony Rambo ostatecznie musi dokonać pomsty i chociaż narzucono mu nieco za szybkie tempo (przeciwnicy właściwie nie nawiązują walki, padają niemal natychmiast po pojawieniu się na ekranie), to właśnie w tych momentach "Ostatnia krew" smakuje najlepiej. Nie da się przecież ukryć, że jesteśmy trochę jak pułkownik Samuel Trautman - uwielbiamy kiedy Rambo walczy i zabija, a zespół stresu pourazowego? O tym wątku zapomniano już dawno temu, tutaj został wręcz niepotrzebnie naszkicowany przełknięciem kilku tabletek i kilkoma mglistymi wspomnieniami. Taki Rambo to bez dwóch zdań atawistyczna rozrywka, ale wychowankom kina akcji z lat 80. i 90. musi być bliska.

 

Nie trudno odszyfrować intencje Grunberga i Stallone'a - z premedytacją wystawili się na negatywne opinie krytyków po to, by dostarczyć fanom jak najwięcej rozrywki, a wnioskując po rozdźwięku pomiędzy ocenami jednych i drugich (na Rotten Tomatoes 27% przeciwko 86%), wyszli z tego obronną ręką. Moje odczucia lokuję gdzieś pomiędzy tymi dwiema skrajnościami - z jednej strony ponowne zobaczenie bohatera z dzieciństwa eliminującego "złych kolesi" to duża frajda, z drugiej tak wiele elementów "Ostatniej krwi" zawodzi (do wspomnianych dorzucę jeszcze między innymi stereotypowe przedstawienie Meksyku jako zagłębia zła, którego granic nie pilnuje absolutnie nikt czy niepotrzebną postać dziennikarki powołaną do życia tylko po to, aby fabuła nie utknęła w martwym punkcie), że trudno jego nieudolność usprawiedliwić samym sentymentem.

Sylvester Stallone zdaje sobie sprawę z własnego położenia - jest po siedemdziesiątce i chociaż każdy siedemdziesięciolatek chciałby mieć jego kondycję, w rolach przebierać już nie może, a poza tanimi gniotami pokroju "Backtrace" czy sequelami "Escape Plan", zostało mu już tylko reanimowanie postaci z panteonu wykreowanych przez siebie nadludzi. W przypadku Rocky'ego Balboy i "Creed" udało mu się nawet odnieść sukces, Rambo wypadł wyraźnie słabiej, a w kolejce czekają już Marion "Cobra" Cobretti i Ray Tango... Sens tych wskrzeszeń zależy tylko od nas, widzów, ale bynajmniej nie będę namawiał do bojkotowania kolejnych filmów Stallone'a, a raczej przyznam, że czekam na nie i chociaż obiektywnie uważam tę nadmierną nostalgię za szkodliwą dla ogólnej kondycji kina, subiektywnie nie potrafię jej z siebie wyplewić. Jeżeli czujecie to samo, "Rambo: Ostatnia krew" jest filmem dla was.


Rambo: Ostatnia krew

Tytuł oryginalny: Rambo: Last Blood

USA, 2019

Balboa Productions

Reżyseria: Adrian Grunberg

Obsada: Sylvester Stallone, Paz Vega, Yvette Monreal


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive