Boiler Room dla każdego, czyli o handlu szyldem

Boiler Room w swoim czasie był platformą, która mogła stworzyć lub złamać czyjąś karierę - udany występ przed kamerami był kluczem do pozyskiwania bookingów i wskoczenia kilka szczebli wyżej na drabinie klubowego świata. Złe występy generowały memy i niewybredne żarty, niejednokrotnie zatrzymując karierę pechowej osoby na kilka lat. Dzisiaj Boiler Room to rozległe i potężne imperium, a ilość setów pojawiających się na platformie sprawiła, że jej sprawcza moc wobec artystów i artystek zmalała. Wzrosła za to magia marki, zapewne zaostrzając apetyty na ekspansję i finansowe możliwości.

Undergroundowy rodowód Boiler Roomu to zarówno zaleta, jak i ciężki bagaż, o czym pisałem jakiś czas temu. Jedni są z platformą od początku i krzywo patrzą na zakusy wobec popularnych nazwisk i trendów, inni dotarli na nią właśnie dzięki modnym setom, co skutkuje dość ignorancką postawą wobec bardziej niszowych setów czy koncertów (od kilku lat Boiler Room wychodzi daleko poza DJ-skie sety). Ale najbardziej kontrowersyjne ruchy postrzegane przez "zakon prawdziwości" jako zdradę ideałów są związane z normalnymi dzisiaj praktykami rynkowymi - wchodzeniem w konszachty z coraz większymi sponsorami (od Ray-Bana po firmy motoryzacyjne) i monetyzacją marki przez sprzedaż "brandowanych imprez" (do tego wątku wrócimy zaraz).

 

W potędze Boiler Roomu odbija się wiele napięć współczesnej formy kapitalizmu - z jednej strony prezentowanie niszowych i organicznych scen (z dodaną polityką tożsamościową), z drugiej korporacyjne układy, nierzadko z firmami, które działają wprost przeciwko niszowości i organiczności (a także przeciwko samej Ziemi - jakiekolwiek legitymizowanie branży motoryzacyjnej wobec nadchodzącej katastrofy klimatycznej jest dość kontrowersyjne). Trochę się do tego rozdźwięku przyzwyczailiśmy, ba, żeby przetrwać (czyli zarabiać pieniądze), często sami musimy aktywnie się do niego przyczyniać.

 

Co innego brandowane imprezy - jakiś czas temu jeden z promotorów upublicznił e-maila, w którym osoba z Boiler Roomu oferowała odpłatne "udostępnienie marki", czyli zorganizowanie imprezy pod szyldem platformy, ale bez żadnego jej udziału. Boiler Room nie będzie ingerował w line-up, ale nie będzie także prowadził transmisji czy promował imprezy swoimi kanałami. Swoiste wylicencjonowanie nazwy imprezy skierowane do mniejszych promotorów. Przez klubowy underground przetoczył się walec oburzenia. Czy słusznego? Tutaj do gry wkracza ów undergroundowy bagaż i oczekiwania "prawdziwych" wobec platformy.

 

W kontekście korzeni Boiler Roomu to ruch oburzający, ale jeśli przyjrzymy się, czym dzisiaj jest platforma, to oburzenie ustępuje zainteresowaniu. Oto wielka marka oddaje sporo kontroli mniejszym podmiotom. Oczywiście oferta była skierowana do wybranej puli promotorskiej, ale wciąż dziwi, że Boiler Room tak łatwo sprzedaje swoją nazwę bez większych zobowiązań. Paradoksalnie nie sądzę, że platformie grozi rozmycie marki - jej działalność jest tak różnorodna, że praktycznie każdy ma własną wersję Boiler Roomu i klika w to, co jest zgodne z jego lub jej gustem, ignorując wszystko poza tym. Za to jak wynika z relacji kilku promotorów, których skusiła oferta, ruch okazał się być wielkim sukcesem. Impreza w mniejszym brytyjskim mieście, z line-upem złożonym z lokalsów, okazała się być frekwencyjną bombą właśnie dzięki przyklejeniu łatki Boiler Roomu. W sumie nie dziwne, bo żyjemy w czasach, w których marki mają większą moc sprawczą niż parlamenty.

 

Pozostaje pytanie, jakie długofalowe konsekwencje może mieć takie handlowanie Boiler Roomem. Dla samej platformy pewnie niewielkie, zresztą znakomita większość ludzi nawet nie będzie sobie zdawać sprawy z tej pobocznej działalności. Ale dla imprez, które z tej oferty skorzystają? Tak, jedna, dwie imprezy pod tym szyldem przyciągną tabuny ludzi. Co będzie, kiedy promotorzy poczują się na tyle pewnie, by zrzucić popularny szyld i zorganizować imprezę pod swoim własnym? Czy publiczność w ogóle skojarzy, że stoją za nią ci sami ludzie, którzy dali im "boilerową magię" (ekhem)? Prawdopodobnie nie. To właśnie pułapka biegania za popularnymi nazwami, którą można rozciągnąć również na notoryczne bookowanie wielkich i modnych nazwisk. Czy budujemy coś organicznego, co przetrwa, kiedy zmieni się moda i odejdą sponsorzy? Czy po prostu wskakujemy na falę, korzystamy z niej póki się da, a następnie odchodzimy razem z nią? Żywotność lokalnych scen jest odwiecznym problemem kultury klubowej i nie do końca jestem pewien, czy ratowanie ich popularnymi markami to droga do długowieczności.

 

Zupełnie nie podejmuję tutaj kwestii etyki takich ofert, bo na dobrą sprawę nie ma to znaczenia - ciężko jest mi oceniać kogoś, kto próbuje przetrwać. A w nasyconej do granic i wysoce konkurencyjnej branży muzycznej przetrwanie to podstawowy cel wielu osób. Warto natomiast zastanowić się nad długofalowością takich ruchów, bo planowanie i przewidywanie to ważne elementy przetrwania. Ostatecznie zdrowa, lokalna scena to gwarant bezpieczeństwa dla społeczności artystycznej. Czy okazyjne kupowanie popularnych szyldów daje podstawy do tego zdrowia? Mam wątpliwości...

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive