Carnival Youth: Żaden z nas nie stylizuje się na Alexa Turnera

Carnival Youth to indie rockowe trio z Rygi. Na koncie mają cztery albumy studyjne, a ostatni ("Good Luck") wydali w połowie sierpnia. Zazwyczaj tworzą podczas obozów, blisko natury, ale przy nowym materiale postawili na wyjazd do Brazylii. Wczoraj (17 września) mogliście usłyszeć ich w Warszawie.

Barbara Skrodzka: To nie był wasz pierwszy koncert w Polsce, graliście na Open'erze, Spring Breaku, Off Camera.

Edgars Kaupers: Polska to bardzo duży kraj, który mieni się wieloma kolorami. Zanim zagraliśmy tu po raz pierwszy, często przejeżdżaliśmy tędy, żeby dostać się na koncerty do innych państw. Polska była wtedy dla nas bardzo długim krajem z wieloma reklamami na drogach [śmiech]. Dopiero kiedy pojechaliśmy na Open'era, zobaczyliśmy piękno Polski, dużą ilość drzew i jezior.

 

Roberts Vanags: Graliśmy w Krakowie, pięknym mieście. Poza tym pierwszy koncert z trasy promującej albumu "Propeller" odbył się w Warszawie. W ubiegłym roku mieliśmy zagrać tam koncert plenerowy, miał to być ostatni występ na trasie, ale niestety pogoda pokrzyżowała plany.

Przydarzyły się wam jeszcze jakieś nieprzyjemności w trasie?

Emīls Kaupers: Robert prawie spóźnił się na samolot, kiedy lecieliśmy z Londynu do Krakowa, bo lotnisko było bardzo zatłoczone. Zdążył dotrzeć do bramek w ostatniej minucie przed ich zamknięciem.

 

RV: Nasz manager przewidział, że możemy spóźnić się na samolot, więc wszystko rozpisał wcześniej, ale moja torba została zabrana na dodatkową kontrolę. Sprawdzali, czy nie przewożę narkotyków [śmiech]. Musiałem czekać dodatkowe trzydzieści minut. To było bardzo stresujące.

 

EdK: Jedyne, na co możemy narzekać to długie podróże. Piętnaście godzin w trasie, a później jeszcze koncert do zagrania... Teraz staramy się tego unikać, ciężko jest grać koncert po tylu godzinach jazdy.

 

Który koncert wspominacie najlepiej?

EmK: Jeśli chodzi o Polskę, to bardzo mi się podobał koncert w Krakowie, podczas Off Camera. Poznaliśmy Jeremy'ego [Gara] z Arcade Fire, który też tam grał, przyszedł na nasz koncert. Będę pamiętał ten występ ze względu na niego oraz dlatego, że później powiedział nam kilka miłych słów.

Album "Propeller" wielu dziennikarzy porównało do wczesnych wydawnictw Arctic Monkeys. Nie przeszkadza wam to?

EdK: Byliśmy już porównywani do Bombay Bicycle Club i Arcade Fire, a teraz Arctic Monkeys. Powiedziałbym, że nie brzmimy jak żaden z tych zespołów, ale zawsze jest miło usłyszeć, do czego inni ludzie odnoszą naszą muzykę. Żaden z nas nie stylizuje się na Alexa Turnera [śmiech]. Jest wiele innych zespołów, które brzmią jak Arctic Monkeys.

 

RV: Może wynika to z tego, że mamy tak różnorodne piosenki i może kilka z nich brzmi jak coś z repertuaru Arctic Monkeys, ale nasz sposób pisania jest zupełnie inny.

 

EmK: Nie czujemy się obrażeni, gdy ktoś nas porównuje do Arctic Monkeys, bo lubimy ich, ale sami nie widzimy dużego podobieństwa. Podobała nam się ich płyta "Tranquility Base Hotel & Casino", bo nie jest to pop-rockowa muzyka, jest konceptualna.

 

Album "Vienā vilcienā" nagraliście w ojczystym języku. Kiedy słuchałam go, nie miało to dla nie większego znaczenia, bo nawet jeśli nie rozumiałam, o czym śpiewacie, brzmiało to dobrze. Jak ważne są dla was teksty?

EdK: Tekst na pewno nadaje innego wymiaru piosence, ale oczywiście możesz cieszyć się nią tak samo, jak my muzyką japońską. Kiedy rozumiesz tekst piosenki, możesz z niej więcej wynieść.

 

RV: Celem tamtego albumu nie było sprawienie, że ludzie będą go słuchać i zastanawiać się nad tekstami utworów. Nagraliśmy go dla naszych rodaków i Łotwy, ponieważ w 2018 roku obchodziliśmy stulecie istnienia kraju. Ten album był czymś, co chcieliśmy zrobić od bardzo długiego czasu i w końcu dostaliśmy taką możliwość. Był to pierwszy album, który nagrywaliśmy "na żywo", to było nowe doświadczenie.

Kiedyś powiedzieliście, że było wam znacznie trudniej napisać album w języku ojczystym, myślę, że wielu artystów w Polsce może powiedzieć to samo. Dlaczego tak się dzieje?

EmK: Łotewski znamy znacznie lepiej niż angielski. Pisanie po łotewsku po prostu przebiega w inny sposób. Nie możesz mieć takiego samego podejścia, kiedy piszesz po angielsku. Dlatego może być to cięższe. Każdy język stawia cię w innej pozycji, jeśli chodzi o fonetykę i sposób, w jaki brzmi.

 

EdK: Łotewski jest nam znacznie bliższy, ale są pewne rzeczy, które wypowiedziane w ojczystym języku brzmią bardziej kiczowato niż te same rzeczy wypowiedziane po angielsku. Śpiewając po angielsku jesteśmy bardziej bezpośredni. Po angielsku możesz zaśpiewać: Hi, I love You, ale po łotewsku brzmi to bardzo tandetnie, dlatego musisz znaleźć drogę na około, żeby powiedzieć to samo, ale innymi słowami. Tak samo pewnie jest z polskim.

 

Macie jakiekolwiek inne zainteresowania poza muzyką?

RV: Nie studiujemy, ale interesuje nas wiele rzeczy - filmy, programy rozrywkowe w telewizji, książki, Edgars i Emīls jeździli kiedyś profesjonalnie na snowboardzie, ale muzyka zwyciężyła i nie jest aż tak niebezpieczna [śmiech].

 

EmK: Robert był profesjonalnym golfistą w kategorii juniorów. Kiedy jeździsz tak dużo, musisz mieć jakiś sport lub hobby. My znaleźliśmy sobie bouldering.

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive