Brockhampton - "Ginger"

72%

Historia Brockhampton choć krótka, pełna jest wzlotów i upadków. Po wydaniu trylogii "Saturation" w 2017 roku wyglądało na to, że świat będzie należał do nich, ale później ze składu wyleciał jeden z najbardziej charyzmatycznych głosów - Ameer Vann, reszta straciła wspólny dom i została rozrzucona po całym Los Angeles, a pomysły na kolejne albumy ("Team Effort" i "Puppy") lądowały w koszu. Nowy album musiał jednak powstać, chociażby dlatego, bo RCA wyłożyło na niego piętnaście milionów dolarów...

Do presji dołączyła jeszcze twórcza niemoc, która dręczyła Kevina Abstracta (nieformalnego lidera grupy) już od czasu prac nad solowym "Arizona Baby". Nastroje w obozie Brockhampton nie były więc najlepsze, ale im bardziej artysta udręczony, tym większe prawdopodobieństwo, że zwróci te emocje w angażującej twórczości i faktycznie "Ginger" odzwierciedla stan ducha kalifornijskiego "boysbandu" (jak sami o sobie mówią).

 

Abstract zapowiadał w wywiadach materiał w brzmieniu przypominający "Hey Ya!" Outkast, ale w tekstach bliski stałej tematyce poruszanej przez grupę - lęki, depresja, rozczarowania. Innymi słowy, zapowiadał po prostu kolejny album Brockhampton, bo przecież przebojowo wyrapowane boleści to ich znak firmowy, ale Abstract kompletnie rozminął się z prawdą. "Ginger" nie zawiera żadnego wyrazistego hitu, jest materiałem ponurym, często wręcz przygnębiającym i to stanowi o jego sile - ostatecznie nie jest po prostu kolejnym albumem Brockhampton.

 

"No Halo" wita nas indie folkowym wstępem (z gościnnym udziałem Ryana Beatty'ego), po którym piętnaście sekund później zostaje tylko zapętlona w tle gitara akustyczna. Pod tym względem może rzeczywiście są tu jakieś punkty wspólne z "Hey Ya!", bo podkład przypomina raczej rockowy niż hip-hopowy, ale zdecydowanie bliższy balladzie. Nieudane związki, rozstania, zdrowie psychiczne, słabość do używek - to główne wątki przewijające się przez te wersy, a z największą intensywnością uderzają w refrenie, gdzie pojawia się kolejny gość, znakomita Deb Never. Zapamiętajcie to nazwisko, jeszcze będzie robiła wielkie rzeczy.

 

Udane otwarcie zostaje osłabione przez kolejny utwór - "Sugar", którego koncepcja jest niemalże kopią poprzednika. Ponownie połączono gitarę akustyczną z powoli wytaczanymi uderzeniami basu, a także rap z popowym śpiewem, ponownie sięgnięto również po dokładnie te same wątki w tekście i tutaj kryje się największa wada "Ginger" - Brockhampton szuka nowego pomysłu na siebie, ale jeszcze go nie znajduje. Część prób wypada znakomicie, inna raczej blado. Do tych pierwszych można zaliczyć kojarzące się z sambą "Boy Bye", ponure "Dearly Departed" ze znakomitym refrenem Joby (zdecydowanie za mało go na tym albumie) czy wieńczące wydawnictwo "Victor Roberts", gdzie po raz pierwszy można usłyszeć nowego człona kolektywu... Victora Robertsa. Do drugich zaliczyłbym utwór tytułowy z paskudnie zniekształconymi głosami albo ocierające się o trapowe schematy "St. Percy".

 

Jeżeli "Ginger" jest letnim albumem (jak zapowiadali muzycy), to tylko w rozumieniu najgorszego możliwego scenariusza, czyli deszcz, chmury i temperatura poniżej dwudziestu stopni. Ani jeden z utworów nie jest nawet blisko przebojowości "Boogie" czy "Gold", ale przecież Brockhampton nie mogło w kółko nagrywać kolejnych części "Saturation". Dobrze, że grupa szuka nowej drogi, trudno natomiast nie odnieść wrażenia, że jeszcze na nią nie trafiła, a w dodatku teksty choć wciąż ważne i potrzebne, zaczynają ulegać standaryzacji. "Ginger" ostatecznie sprawia wrażenie materiału stworzonego w pośpiechu, nieoszlifowanego i pozbawionego myśli przewodniej. I tak brzmi lepiej od większości mainstreamowego hip-hopu, ale wiemy przecież, że Brockhampton stać na więcej.


RCA/2019



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive