Zombie Tidal Wave. Zombie tsunami zamiast tornada z rekinami

50%

Stacja SyFy pogrzebała w ubiegłym roku jedną ze swoich najbardziej dojnych król - cykl "Rekinado". Moment był właściwy, formuła wyraźnie wyczerpała się i o ile jeszcze trzecia część ze znakomitym występem Davida Hasselhoffa potrafiła rozbawić, o tyle "szóstka" nieco już nużyła. Telewizja nie znosi jednak pustki i tak narodziło się "Zombie Tidal Wave".

Założenia obydwu serii (bo nie ma wątpliwości, że "Zombie Tidal Wave" także będzie serią) są niemal identyczne - wcześniej było tornado rozrzucające krwiożercze rekiny po całym globie, teraz jest gigantyczna fala zalewająca świat żywymi trupami. Wspólna jest nawet postać głównego bohatera, bo Fin Shepard i Hunter Shaw właściwie niczym się od siebie nie różnią, łącznie z aktorem, który wcielił się w obydwu. Ian Ziering przeżywa zresztą maleńki renesans - nie dość, że został twarzą współczesnego filmu klasy Z, nie dość, że dostałem całkiem dużą rolę w serialowej ekranizacji "Potwora z bagien", to jeszcze lada moment powróci serial, za sprawą którego wszyscy usłyszeli o nim po raz pierwszy - "Beverly Hills, 90210". Czy brak oryginalności może być problemem dla takiego obrazu? Oczywiście nie. Jedyne kryterium oceny w takich wypadkach to poziom doznań ludycznych.

"Zombie Tidal Wave" nie traci czasu na utarte schematy. Pierwsza śmierć, świadek, któremu nikt nie chce uwierzyć, powolne śledztwo i ostateczny atak w finale - nie ma na to czasu. Twórcy (a reżyserem jest Anthony C. Ferrante, czyli reżyser wszystkich "Rekinado") nie boją się też słowa "zombie", które w ostatnich latach (za wyjątkiem "Truposze nie umierają") za wszelką cenę próbowano zastępować innymi określeniami i już po niespełna kwadransie ustami Zieringa stawiają diagnozę. Dosłownie dwie minuty później zombie tsunami uderza w brzeg i jednocześnie w oczy widzów, które mogą krwawić równie intensywnie, co rozszarpywani przez niebieskie trupy (wyglądają mniej więcej tak samo, jak Brockhampton w teledysku do "Star") plażowicze, bo tak obrzydliwe efekty CGI muszą wywołać estetyczny krwotok. Wbrew pozorom nie jest to zarzut, SyFy zdołało przekonać widzów do czerpania radości z fatalnej oprawy cyfrowej na równych zasadach, na jakich w latach 80. cieszyły tanie praktyczne efekty specjalne, czego nikomu wcześniej (i jak na razie nikomu później) nie udało się osiągnąć. "Zombie Tidal Wave" ma jednak w tym zakresie drobną przewagę nad "Rekinado" - tu i ówdzie umieszczono kilka krótkich scen gore.

Przepis na sukces jest prosty - musi być dużo zgonów i dużo nietypowym zabójstw (na przykład przy użycia miecza podłączonego do paralizatora), kilka przerwanych relacji pomiędzy bliskimi osobami, ale z premedytacją utrzymanych w duchu tandetnej telenoweli. Zabrakło tylko gościnnych występów gwiazd, ale być może ten element zostanie uzupełniony w kolejnych odsłonach. "Zombie Tidal Wave" jest w dużym uproszczeniu po prostu zamaskowaną szóstą częścią "Rekinado", ale co istotniejsze, jest jedną z lepszych części w całym cyklu.

 

Stacja SyFy wypracowała własną, charakterystyczną stylistykę w ramach "kina" najniższych lotów. Produkcje studia Troma, Eda Wooda, nawet Patryka Vegi wyrastają na tym tle na znacznie ambitniejsze przedsięwzięcia, a już na pewno lepiej przygotowane od strony technicznej, ale z jakiegoś powodu to działa (choć nie zawsze, na przykład "Lawalantula" z częścią obsady "Akademii policyjnej" nie była aż tak rozrywkową pozycją) i jako "film do pizzy" spełnia swoją rolę.


Zombie Tidal Wave

USA, 2019

The Asylum

Reżyseria: Anthony C. Ferrante

Obsada: Ian Ziering, Erich Chikashi Linzbichler, Shelton Jolivette


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive