Ride - "This is Not a Safe Place"

75%

Gdy artysta nagra album przełomowy, uznany za jeden z pionierskich dla kształtującego się gatunku, staje się kultowym i oczekiwania wobec jego dalszych działań stale rosną. Tak było z grupą Ride i ich debiutem "Nowhere",okrzykniętym jedną z flagowych płyt dla shoegaze'u. Późniejsze losy zespołu potoczyły się dość standardowo - dobre i niezłe albumy, wyczerpanie formuły i zawieszenie działalności, przebudzenie po latach oraz powrót w 2017 roku. Dwa lata później muzycy podzielili się szóstym wydawnictwem.

Na wstępie warto zaznaczyć, że jednoznaczna ocena "This is Not a Safe Place" właściwie nie jest możliwa. Jeśli marzyliście o dziele, które będzie kamieniem milowym w historii muzyki, to możecie się zawieść. Album może nie spełnić waszych oczekiwań również wówczas, jeśli wyczekiwaliście płyty wypełnionej radiowymi hitami, ani w przypadku, gdy mieliście nadzieję na odrodzenie shoegaze'u. Co więcej, nie jest to także dobra propozycja dla koneserów dźwięków nietypowych, poszukujących muzycznych eksperymentów i ekstremalnych doznań. To kto w takim razie może czuć się usatysfakcjonowany?

 

"This is Not a Safe Place" to album zawieszony gdzieś pomiędzy tym, do czego Ride przyzwyczaili swoich fanów, a próbą wkroczenia na nową ścieżkę. Shoegaze'owe gitary i melodyjne dream-popowe fragmenty spotykają tu dźwięki niemal eksperymentalne, które sprawdzają się z różnym skutkiem. Zespół jest już w takim momencie działalności, że muzycy nie czują potrzeby udowadniania na siłę wartości swojej twórczości. Grają tak, jak chcą, wyrażając emocje i nie oglądając się na to, na co liczą słuchacze, media czy wytwórnia.

 

Po kilku przesłuchaniach da się wyraźnie odczuć, że nagrywaniu płyty towarzyszyła pozytywna energia i radość wspólnego przebywania w studiu. Mark Gardener i Andy Bell śpiewają i grają na gitarach lekko i z pomysłem, wspierani przez sekcję rytmiczną - Steve'a Queralta oraz Laurence'a Colberta. Produkcją albumu zajął się Erol Alkan, który spotkał się z muzykami wcześniej, przy okazji "Weather Diaries", zaś miksami stały współpracownik Ride, Alan Moulder.

 

Pierwszą kompozycję na "This is Not a Safe Place" należy potraktować z przymrużeniem oka. "R.I.D.E" rozpoczyna dudnienie na bębnach i towarzyszące mu sprzężenia gitarowe oraz momenty ciszy, podczas których z oddali dobiega szept podkreślający nazwę zespołu. Nastrój zmienia się diametralnie w singlowym, drugim "Future Love", nieco tanecznym, wpadającym w ucho dzięki chwytliwej melodii. Co ciekawe, w teledysku towarzyszącemu piosence wystąpiła jedna z artystek tegorocznego Soundrive Festival, Joulie Fox.

 

Lekkość niesie także popowy "Clouds of Saint Marie" z odruchowo nuconym: Nanana i "Fifteen Minutes" z równie chwytliwym refrenem, skontrastowany jednak z gitarowymi riffami. Akustycznie i balladowo jest w "Dial Up", który nie jest jednak pozbawiony shoegaze'owych zgrzytów, a także w "Shadows Behind The Sun" wypełnionym fragmentami przypominającymi brzmienie progresywno-popowego duetu Stevena Wilsona i Tima Bownessa - No Man. Najbardziej hałaśliwy, a zarazem eksperymentalny jest natomiast "Kill Switch", inspirowany brzmieniem The Fall i Sonic Youth.

 

"Repetition" to połączenie popu z elektroniką, które również należy traktować z przymrużeniem oka. Skocznie jest w "Jump Jet", nawiązującym trochę do bardziej przebojowych dokonań The Cure. Charakterystyczną shoegaze'ową nostalgię można usłyszeć w "Eternal Resurrence" oraz w wieńczącym album "In This Room", gdzie przepiękne harmonie wokalne i gitary tworzą magiczny klimat. Hipnotyzująco jest z kolei w "End Game", w którym królują porywające gitarowe riffy w stylu na przykład wczesnego Editors.

 

Melodyjnej muzyce towarzyszą teksty, w których dominują emocjonalne rozterki i rozważania, a całość inspirowana jest twórczością Jeana-Michela Basquiata, nowojorskiego prekursora graffiti i flagowego przedstawiciela nowego ekspresjonizmu, który tańczył ze śmiercią realizując swoje wizje artystyczne i zmarł w wieku dwudziestu siedmiu lat.

 

"This is Not a Safe Place" to album, który z pewnością warto przesłuchać więcej niż raz, by wyrobić sobie na jego temat własne zdanie. Nie jest to dzieło epokowe, przełomowe, będące dla zespołu nowym otwarciem, które wyznaczy kierunek zmiany brzmienia, ale z drugiej strony to przyjemny zestaw utworów, którego po prostu dobrze się słucha do porannej czy popołudniowej kawy. Są tu bardziej i mniej interesujące fragmenty, nostalgiczne powroty i próby eksperymentów, jednak całość broni się przystępnością oraz ciekawą warstwą liryczną.


Wichita/2019


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive