Off Festival 2019: Na ratunek singeli

Staramy się odpowiedzieć na pytanie, jaki był czternasty Off Festival? Spokojny, bo tylko jeden artysta w ostatniej chwili odwołał swój koncert. Równy, bo widziałem prawie same przynajmniej dobre koncerty (ale też widziałem ich mniej niż planowałem). A jak te trzy dni w Katowicach wyglądały w szczegółach?

Na problemy Afryka
Ten jeden odwołany koncert to niedzielny występ Octaviana. Zastąpili go Bamba Pana & Makaveli, którzy dzień wcześniej roznieśli Scenę Eksperymentalną. Na otwartej przestrzeni szaleńcze, absurdalnie szybkie i intensywne singeli tego tanzańskiego duetu zabrzmiało jeszcze lepiej. Charyzmatyczny, niemogący ustać w miejscu Makaveli i schowany za laptopem Bamba Pana (co jakiś czas kręcący filmiki, które później wylądowały na Instagramie) pokazali, że na muzykę z Afryki znów można liczyć. Tańce były porównywalne z legendarnymi już występami Omara Souleymana, Ata Kaka i Islam Chipsy z EEK, które zresztą trzy lata temu występowało w podobnej roli, zastępując Wileya.

 

Może zatem zamiast kapryśnych raperów organizatorzy powinni postawić na wykonawców z Afryki, którzy nie tylko grają najlepsze koncerty, ale też chętnie zastępują nieobecnych? Tym bardziej, że jak już to zauważyli koledzy z Pop Up, muzyki z Afryki na kolejnych Off-ach jest coraz mniej i od kilku edycji ogranicza się tylko do elektroniki, a przecież w poprzednich latach w Katowicach gościł i afrobeat, i muzyka tradycyjna, i gitarowe granie z Sahary. Warto do tego wrócić. Warto też poszerzyć dzień "etno" na Scenie Eksperymentalnej o chociażby muzykę z Iranu, bo to obecnie jedno z najgorętszych miejsc na mapie, jeśli chodzi o muzykę nieoczywistą.

Gdzie ten jazz?
Niedużo było też w tym roku jazzu, choć i Trio Jazzowe Marcina Maseckiego i The Comet is Coming zagrali jedne z najlepszych koncertów edycji. Masecki, jak to on potrafi, od razu pokazał, że żadnego odgrywania motywów z "Zimnej Wojny" nie będzie. Razem z Jerzym Rogiewiczem siedzącym za minizestawem perkusyjnym i Piotrem Domagalski, który ledwo wystawał zza bałałajki kontrabasowej zaprezentowali materiał z nadchodzącej płyty. Bawili się muzyką, z każdą chwilą pojawiało się coraz więcej motywów charakterystycznych dla warszawskiego pianisty - od zacinającej się płyty przez balansowanie na granicy rozpadu utworu, szalone solówki aż do specyficznego humoru, który najbardziej ujawniał się, gdy Masecki grał jednocześnie na pianinie i organkach. W dzikszych momentach brzmiało to jak nadwiślańska wersja egipskiego electro shaabi. King Shabaka, X i Y poszli w bardziej space rock niż jazz, ale tego można było się po tym składzie spodziewać. Żarło to, muzycy grali jak jeden organizm, którego głową był Shabaka.

 

Zapomnienie w transie
Fantastyczny koncert zagrała Kapela Maliszów. Tradycyjne i własne kompozycje brzmiały lekko, z dużą wyobraźnią, zachęcały do wirowania w rytmach oberków. Szkoda tylko, że w tym samym czasie grali Electric Wizard, najlepszy metal tegorocznej edycji. Stonerowo upalony, doomowo walcowaty, piekielnie głośny. Brytyjczycy mieli wszystko, czego niestety zabrakło Om. Trio pod wodzą Ala Cisnerosa nagrywa genialne, medytacyjne płyty, na scenie zbyt często przerywali swoje peregrynacje, brakowało też sekcji smyczkowej i wokalnych sampli w utworach z "Advaitic Songs". Zamiast rytuału, była tylko bardzo dobra sztuka. Może gdybym nie miał tak wygórowanych oczekiwań, to wyszedłbym z tego koncertu w stu procentach zadowolony. Wynagrodził to trochę wcześniejszy, unurzany w dubowych echach Dynasonic.

Piękne piosenki
Specjalne miejsce w Katowicach mają piękne piosenki. Bardzo chciałem zobaczyć koncert Aldous Harding, ale był to przypadek Julii Holter w 2013 roku. Nie to miejsce, nie ten czas. Takie intymne piosenki potrzebują nie namiotu, ale małego klubu albo chociaż Halfway Festivalu. Z bólem serca uciekłem na Duranda Jonesa & the Indications, gdzie przywitał mnie śpiewający perkusista. To była podróż w przeszłość, do złotych lat soulu, w którą udałem się z radością. Jasne, nie było to nic odkrywczego, ale tak żarliwa muzyka nie musi odkrywać nowych horyzontów. Bardzo ujął mnie koncert Soccer Mommy, dla takiego dziewczyńskiego grania mam specjalne miejsce w sercu i bardzo żałuję, że takiej muzyki w tym roku zabrakło na Off-ie. Swoje przejmujące piosenki doprawiła pod koniec solowym coverem "I'm on Fire" Springsteena. Żałuję, że widziałem tylko kawałek Cudownych Lat. Hania Rani zaskoczyła, bo przyjechała w towarzystwie kontrabasisty i perkusisty. Nadało to nowych barw jej muzyce, ale chyba wolę ją w wydaniu solowym. Zupełnie solo zagrał Juan Wauters, uzbrojony jednie w gitarę akustyczną. Jednak jego urokliwe piosenki, sceniczna energia i naturalna charyzma sprawiły, że uśmiechałem się cały koncert. W kategorii najlepszych piosenek wygrali Boogarins. Pomysłowe rozwiązania rytmiczne, charakterystyczna dla Brazylijczyków lekkość w komponowaniu niebanalnych melodii, podlana psychodelicznym sosem z dodatkiem tropicalii to przepis na sukces.

 

Wietrzenie sceny głównej
Stosunkowo słabo wypadła największa scena. Headlinerzy - sami Brytyjczycy - to zupełnie nie moja para kaloszy. Od patetycznego Suede bolały zęby, Foals byli zaledwie w porządku, zamiast Jarv Is... wybrałem wcześniejszy autobus. Stereolab wypadli zaskakująco nijako. Jednak największym nieporozumieniem był Zespół Pieśni i Tańca Śląsk. Jasne, występ był dopracowany w najdrobniejszych szczegółach, ale tak kostyczna forma i radzieckie myślenie o muzyce "ludowej" sprawiła, że jak najszybciej się ewakuowałem. Tym bardziej, że jeszcze w głowie miałem Kapelę Maliszów i ich żywą tradycję. Rozumiem, że to na fali sukcesu "Zimnej wojny", ale nie wszystko jest warte przypominania. Pozytywnie zaskoczyli za to Pablopavo i Ludzki z Naprawdę Dużym Zespołem. Zaprezentowali całkiem nowy materiał, którego ozdobą były wyczyny Pawła Szamburskiego i Leny Romul. Czekam na płytę.

Widzimy się za rok? Jak najbardziej, jeszcze jak!
To był dobry Off, choć na pewno nie najlepszy od lat, a takie opinie już się pojawiały. Ciągle mam w pamięci edycję z 2016 roku, kiedy z powodu masowego odwoływania koncertów przez headlinerów na głównej scenie zagrali Jambinai i EEK i pokazali, że nie trzeba być The Kills, żeby podbić publiczność. To był mój zdecydowanie najlepszy Off, ale wiem, że jestem w mniejszości.

 

Nie wiem, czy dobrym rozwiązaniem jest zmniejszenie line-upu. Zamiast ponad osiemdziesięciu artystów, jak to się kiedyś zdarzało, w tym roku było ich mniej niż sześćdziesięciu. Koncerty zaczynały się później i kończyły wcześniej. W tym roku brakowało mi występów, po których zbierałbym szczękę z podłogi. Dwa razy Bamba Pana & Makaveli... i w zasadzie tyle (chwaleni zewsząd Daughters do mnie nie przemówili). Za to po prostu dobrych i bardzo dobrych koncertów było w Katowicach jak zwykle na tyle dużo, że nie mogę doczekać się kolejnej edycji.


Rysunki: Edyta Krzyżanowska

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive