Port Noir - "The New Routine"

88%

Nierozwikłaną zagadką 2019 roku pozostanie przemknięcie jednego z najciekawszych rockowych albumów - z rodzaju tych skrywających komercyjny potencjał - bez większego zainteresowania mediów i publiczności. A może nie ma w tym niczego dziwnego? W końcu końcówka drugiej dekady XXI wieku to dominacja hip-hopu i niekończące się pożegnania gitarowych tytanów.

Wiem, że przemawia przeze mnie nostalgia. Wiem, że to pamięć o czasach, kiedy na MTV co rusz można było trafić na teledyski Tool, Korn, Deftones czy Incubus każe postrzegać Port Noir jako materiał na rockową gwiazdę, a jednocześnie mam świadomość, że takie gwiazdy świecą dzisiaj albo bardzo odległym światłem i z nastolatkami mają tyle wspólnego, że dzieciaki młodzieży z 2000 roku są już w tym wieku, albo są to gwiazdy spadające. Wiem to wszystko, a jednak słuchając "The New Routine", nie mogę się nadziwić, że zbiór tak przebojowych, niebanalnych i znakomicie skomponowanych utworów nie znalazł znacznie szerszego grona odbiorców.

 

Chociaż produkcja albumu jest zdecydowanie dzisiejsza, dopracowana z niekryta pedanterią, to nie sposób uwolnić się od skojarzeń z ostatnim jak dotąd wielkim momentem dla rocka w komercyjnych mediach. Początek "13" brzmi jak zdarty wprost z Rage Against the Machine, "Champagne" mogłoby wpasować się do 30 Seconds To Mars z okresu ich znakomitego debiutu (tak, znakomitego), a Love Andersson momentami śpiewa jak nieco bardziej stonowany Cedric Bixler-Zavala już po założeniu The Mars Volta. Nie ma jednak na "The New Routine" ani naśladownictwa, ani oczywistych hołdów. Podejrzewam, że na wymienionych zespołach członkowie tria wychowali się i w naturalny sposób przekształcili ich muzykę przez już w stu procentach autorskie wizje.

 

Najlepszy przykład umieszczono już na wstępie - "Old Fashioned" (nomen omen) przypomina, że można grać przebojowo i jednocześnie wystrzegać się banału, można zahaczać o prog rock, ale wystrzegać się popisów. Inaczej pisząc, można nagrać album Tool, bez muzyków Tool. Port Noir nie ma jednak ulubionego patentu, wokół którego tworzą mniej lub bardziej odległe wariacje. Na przykład poruszające "Low Light" ma kompletnie inna konstrukcję, a z resztą albumu łączy je niemal wyłącznie charakterystyczny głos Anderssona.

 

Z czterdziestu pięciu minut na "The New Routine" (też nomen omen!) nie ma ani jednej zmarnowanej. Nie ma tu może niczego, co byłoby obce osobom, które piętnaście lat temu zasłuchiwały się w Makakofonii albo namiętnie oglądały Headbangers Ball na MTV, ale nawet wtedy trzeci materiał Port Noir broniłby się na tle konkurencji przede wszystkim dlatego, bo nie jest to kilka niezłych singli przeplatanych zapychaczami, ale od początku do końca ambitne i angażujące dzieło.


Inside Out Music/2019


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive