Tamaryn

Koza - "Mystery Dungeon"

86%

Nie płakałem po strąceniu rocka z tronu, choć był taki czas, kiedy ta muzyka - i większość jej odmian - znaczyła dla mnie wszystko. Robiło się nudno, robiło się wtórnie, a po Marilyn Manson nikt już nie potrafił wywołać równie intensywnych wrażeń. Rock nie umarł, ale ustąpił miejsca, a wraz z całym tym szpanerskim, hedonistycznym rapem na światło dzienne wypłynęły znacznie ciekawsze projekty. Chociażby Koza.

Kancerofobia, depresja klimatyczna, wojny ideologiczne, presja mediów społecznościowych, rodziny i szkoły - żyjemy w tak podłych czasach, że czasami dla przetrwania łatwiej jest wyłączyć wrażliwość, ograniczyć empatię i bezrefleksyjnie wykonywać zadania, odbierając w nagrodę nowy telefon, karnet na letni festiwal muzyczny albo subskrypcję na Netflixie. Emogeist najintensywniej odczuwają ludzi z pogranicza - jeszcze żywo pamiętający beztroskie czasy spędzania całego dnia na maratonie "Niesamowitego świata Gumballa" i już świadomi, że przerzucanie podejmowania decyzji na innych dobiega końca. Koza urodził się w dodatku w roku 2000, a więc został poddany narodowemu eksperymentowi, który testuje odporność nastolatków na wchodzenie w dorosłe życie z poczuciem, że nawet świetnie zdana matura nie gwarantuje miejsca w upragnionym liceum. W takich warunkach nie trzeba już niczego więcej, żeby poczuć się beznadziejnie, a "Mystery Dungeon" to dokumentacja tego stanu, która choć dość zawoalowana, być może za kilka lat uchodzić będzie za głos pokolenia.

 

Ktoś - najpewniej urodzony przynajmniej dekadę wcześniej - mógłby wytknąć, że tytułowanie utworu "Lęki moich przyjaciół noszę w torebkach z gazą" albo zadawanie pytań pokroju: W jaki sposób się nie zgubić w małym, pustym pokoju? ("De Profundis") nie różni się od podobnych rozważań wyśpiewywanych kiedyś przez Cobaina albo Iana MacKaye'a. Z początku faktycznie można odnieść wrażenie, że siłą napędową jest tutaj typowa niepewność, jaką można opisywać stan umysłu niemal wszystkich nastolatków, na przestrzeni wszystkich dekad. Im jednak więcej czasu spędzicie z tekstami Kozy, tym dogłębniej odczujecie ich ciężar, a poczucie beznadziei w tym wydaniu nie ma ani punkowego, ani gotyckiego, ani nawet black metalowego romantyzmu. To nie jest walka ze światem, to jest obojętność - najstraszniejsza broń depresji.

 

Niektóre wersy sprawiają wrażenie zapisanych dla samej satysfakcji konstruowania poetycko brzmiących zdań i trudno stwierdzić, czy mają jakąkolwiek inną funkcję, poza ozdobniczą. Są też takie, które być może powinny szokować plastycznością i wizjami rodem z horroru (na przykład: Gwoździe pod paznokcie teraz zagwiżdż / Martwe płody marzeń przebieram za śmieszne lalki / Gałki oczne w gardle z "Ramp"), ale nawet jeżeli czasami forma przysłania treść, to nigdy do tego stopnia, by agresywny introwertyzm zniknął z pierwszego planu, Przypomina to nieco dokonania emo-rapowego podziemia spod znaku Scarlxrda czy Ghostemane, mniej przedwcześnie zmarłych i znacznie popularniejszych Lil Peepa i XXXTentacion.

 

Czy upadające drzewo wydaje dźwięk, jeżeli nie ma nikogo w pobliżu? - to słynne pytanie można w kontekście "Mystery Dungeon" sparafrazować: Czy upadający człowiek wydaje dźwięk, jeżeli nie ma nikogo w pobliżu? Wiemy już, że tak, ale w odróżnieniu od irlandzkiego filozofa, Koza nie wziął na świadka Boga, wziął nas wszystkich. Nie każdy poświadczy prawdziwość jego spostrzeżeń (prawdopodobnie największą niechęć będą żywić ortodoksyjni słuchacze hip-hopu), ale będą także tacy, którzy odnajdą w nich własne doświadczenia i przyjmą te trzydzieści sześć minut jako zapis współdzielonych przeżyć, a stworzenie takiej więzi ze słuchaczami to chyba najlepsze, co może się artyście przydarzyć.


Lekter Records/2019



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive