Panichida czy Hospodi, czyli o dwóch albumach Batushki słów kilka

Ujawniona tajemnica, konflikt, wzajemne oskarżenia - o rozłamie w Batushce słyszał już chyba każdy, kto w choć w niewielkim stopniu interesuje się muzyką. Gdy śledzenie biegu wydarzeń oraz wypowiedzi obrońców i przeciwników obu stron zaczęło przypominać telenowelę, decyzją sądu w Białymstoku ustalono, że do czasu zakończenia procesu chwytliwą nazwą mogą posługiwać się zarówno Krzysztof Drabikowski, jak i Bartłomiej Krysiuk.

Dywagacje, czyja Batushka jest tą prawdziwą, kto ma prawa do korzystania z nazwy i kto wobec kogo postąpił niewłaściwie nie mają w tej chwili sensu i pozostają w gestii sądu oraz samych zainteresowanych. Faktem jest natomiast to, że na przestrzeni dwóch miesięcy ukazały się albumy obu zwaśnionych stron. Przyjrzyjmy się im pokrótce.

 

Dla tych, którzy nie do końca pamiętają, o co w tym wszystkim chodzi, kilka słów wprowadzenia. Historia Batushki rozpoczęła się w 2015 roku za sprawą albumu "Litourgiya", na którym black metalowa formuła została odświeżona poprzez zestawienie krzyków i blastów z kontrowersyjnymi odniesieniami do liturgii kościoła wschodniego, co przysporzyło twórcom wielu przeciwników wśród wyznawców prawosławia. W kolejnych latach do wzrostu popularności grupy w Polsce i poza jej granicami przyczyniły się porywające występy na żywo przygotowane w formie fascynującej zarówno od strony muzycznej, jak i wizualnej "czarnej" mszy.

 

Gdy w mediach muzycznych i na portalach społecznościowych toczyła się burzliwa dyskusja na temat tego, która ze stron ma rację, pod koniec maja na profilu w serwisie Bandcamp Krzysztofa Drabikowskiego opublikowana została "Panichida" ("Панихида"). Autor muzycznej koncepcji debiutu Batushki sam skomponował, nagrał, wyprodukował i zmiksował osiem nowych utworów w studiu Sphieratz w Sobolewie. Każdy z nich zatytułował po prostu "Песнь" i kolejno ponumerował. Całość opatrzył w dodatku bardzo zbliżoną okładką do tej zdobiącej "Litourgiyę".

Przysłuchując się pomysłom Drabikowskiego można bez trudu zauważyć zbieżność czy też fabularną kontynuację dźwięków zawartych na debiucie. Perkusyjne galopady, agresywne gitary i black metalowe krzyki zostały zrównoważone chóralnym śpiewem liturgicznym nawiązującym do pieśni wykonywanych podczas żałobnych nabożeństw w kościołach chrześcijańskich obrządku wschodniego. Jest tu mrok, moc i spójny przekaz. Właściwie jedyną kwestią, do której można mieć zastrzeżenia, jest jakość produkcji, jednak w przypadku niskobudżetowych wydawnictw brak fajerwerków w tym zakresie jest zrozumiały. Niestety z tej samej przyczyny nie ukazała się - przynajmniej na razie - wersja fizyczna albumu.

 

Druga strona - pod wodzą Bartłomieja Krysiuka, który zaśpiewał na "Litourgiyi" - odpowiedziała na ten ruch półtora miesiąca później, publikując dopracowany wizualnie i brzmieniowo "Hospodi" w barwach prestiżowych wytwórni Metal Blade Records oraz w Mystic Production, wspierając premierę albumu promocją w mediach społecznościowych, publikacją teledysków na YouTube oraz występem na krakowskim Mystic Festival, który odbył się w Tauron Arenie pod koniec czerwca. Przyglądając się całościowo wydawnictwu, można utwierdzić się w przekonaniu, że mamy do czynienia z autorem koncepcji wizualnej Batushki, który zadbał o stroje i wizerunek sceniczny oraz medialny grupy i osobą, która niekoniecznie miała decydujący wpływ na kształt muzyczny poprzedniego wydawnictwa.

 

Mimo bardzo zbliżonej tematyki fabularnej dotyczącej kultu śmierci, pod kątem brzmienia jest to zupełnie inna płyta niż "Panichida" - mniej surowa, lżejsza, bardziej przystępna i skierowana do większej grupy słuchaczy ze względu na przebojowy, chwilami ocierający się o power metal potencjał gitarowych riffów - bardzo chwytliwych, wręcz skocznych. Nie brakuje tu także rytmicznych galopad i przeszywających krzyków, są chóralne śpiewy i fragmenty nabożeństw pogrzebowych, jest rytm, są melodie. To ciekawy album, jednak nie ma w zawartych na nim dźwiękach swoistej magii, która sprawiała, że trudno było oderwać się od "Litourgiyi".

Słuchając obydwu płyt jedna po drugiej, w dowolnej kombinacji, można wysnuć wniosek, że o sukcesie Batushki zdecydowała siła zespołu - połączenie twórczego talentu, artystycznej muzyczno-liryczno-wizerunkowej koncepcji oraz umiejętności marketingowych. Każdemu z opisanych wydawnictw brakuje pewnych elementów, które są z kolei obecne odpowiednio na "Panichidzie" lub "Hospodi". Nie chcę wystawiać ocen i sugerować, który album jest lepszy - tę decyzję pozostawiam każdemu, kto czyta ten tekst.

 

Odnoszę również wrażenie, że na wyjątkowość projektu miały niemały wpływ aura tajemniczości i brak informacji na temat jego członków - nie znając nazwisk artystów, wiedząc jedynie, że pochodzą ze wschodniej części Polski, można było w pełni skupić uwagę na dźwiękach i zachwycić się ich niezwykłością. Być może po wyeksploatowaniu zagadnienia na debiucie wypaliła się w pewnym sensie też sama koncepcja artystyczna. O tym pewnie ostatecznie zadecyduje kolejny album, o ile w ogóle się ukaże. Teraz pozostaje już tylko czekać na ostateczne rozwiązanie kwestii Batushki przez sąd.

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive