Apokalipsa bez ironii, czyli Mystic Festival 2019

Wyjazd na Mystic Festival był dla mnie bardzo ciekawym doświadczeniem. Mimo że jestem metalowcem od dziecka i chętnie chodzę na metalowe koncerty, to zazwyczaj unikałem metalowych festiwali.

Przyzwyczaiłem się natomiast do festiwali eklektycznych, gdzie znajdziemy całą gamę artystów i artystek - od indie barachła, które jeszcze jakimś cudem gra i ma jakąś publiczność, przez najnowszy elektroniczny hype aż do rapsów i randomowych metalowych zespołów (pozdrawiam Carcass na Primaverze), które służą za antropologiczną ciekawostkę (kto był na Decapitated na Offie, ten wie, o czym mowa). Takie zawężenie pola było odświeżające (mój ostatni "gatunkowy" festiwal to Hip-Hop Kemp dobrych kilka lat temu), a sam festiwal był nad wyraz udany pod względem organizacyjnym i artystycznym.

Tym, co uderzyło mnie najbardziej była siła starych metalowych zespołów, tak zwanych "legacy acts". Oczywiście legendarne składy występują na każdym festiwalu, ale spotkało mnie za dużo zawodu ze strony kultowych projektów spoza metalu. Indie rockowe dinozaury męczące bułę, archaiczne koszmary w rodzaju The Chemical Brothers, mało angażujące występy rapowych guru... Jest natomaist coś specjalnego, pozaczasowego w wielu metalowych legendach, co naprawdę angażuje. Czasem łatwiej zdefiniować, co to jest, jak w przypadku Kinga Diamonda, którego show robi wrażenie rozmachem i narracją. Czasem dużo trudniej - Testament zagrał koszmarnie brzmiący koncert (pozdrawiam akustyka, który uparł się, żeby postawić ścianę dźwięku w zamkniętej hali), który zrobił jednak na mnie duże wrażenie. Nie było wydumanej dekoracji, był prosty, skuteczny thrash metal. Te zespoły nie muszą wydawać dobrych płyt, ba, wiele z nich nie zrobiło tego od dekad. Mogą nie być w żaden sposób modne i ważne dla współczesnego obiegu muzycznego - po prawdzie większość z nich nie jest. Ale ta ponadczasowa wartość dobrego riffu i muzycznego rzemiosła, które często wchodzi na poziom efekciarstwa, bezpośredniego kontaktu ze sceny i wyjątkowego, niemal namacalnego zaangażowania publiczności budzi szacunek.

Na wielu festiwalach łatwo zauważyć znudzenie i obojętność publiczności. To często bolesny widok, kiedy na scenie ktoś zostawia swoje serce, a zblazowana hipsteriada już przebiera nóżkami, żeby w najbliższej godzinie zmieścić jeszcze dwa inne występy, które lizną i pójdą dalej. Co więcej, sam często jestem temu winien, przemieniony w milenialsowego zombie kierowanego FOMO. Publika metalowa - ale i hip-hopowa również, może także niezalowa, ale w mniejszym stopniu - jest może trochę archaiczna w swoim zaangażowaniu, ale to ludzie prawdziwie kochający tę muzykę. Może w zbyt oczywisty sposób, spoglądając z perspektywy postmodernistycznej ironii, ale wbrew czasom, które muzykę zmieniły w darmowe pitolenie ze streamingu w tle. Ci ludzie kupują płyty i merch, doceniają wagę wydarzenia, w którym uczestniczą, nie boją się okazywać entuzjazmu - raczej nikt nie będzie uciszał wiwatów (co zabawne, byłem tego świadkiem na Off-ie). Na Mysticu nie było karuzeli H&M-u i influencerów, były za to gigantyczne kolejki po oficjalny merch festiwalu. Doceniam ogromny wysiłek włożony w organizację wszystkich polskich festiwali, szczególnie line-upy, których jakością imponuje większość. Ale potem ten wysiłek pada pod ciężarem obrandowanych stoisk, aktywności odciągających od muzyki i zmanierowanej publiki. Nie znaczy to, że na wszystkich modnych festiwalach zaangażowana publiczność jest w mniejszości - ale często otoczka i klęska wyboru rozpraszają uwagę od muzyki. Oczywiście biorę pod uwagę specyfikę metalu - to muzyka, w którą wchodzi się w stu procentach, albo nie ma czego tam szukać. Może stąd dystans marek do takich festiwali i chyba bardzo mi z tym dystansem dobrze.

Wielu moich znajomych - szczególnie frakcja wynosząca niszową czeską soundcloudową bonanzę Creepy Teepee ponad inne festiwale (przy okazji, to naprawdę fenomenalne wydarzenie, odbywający się w duchu prawdziwego DYI) - zareagowało rozbawieniem na moją wyprawę na Mystic Festival. Ale myślę, że od takich gatunkowych festiwali można się wiele nauczyć, a przede wszystkim oduczyć tej szkodliwej ironii, która przeżera opiniotwórcze kręgi. Wobec nadchodzącej katastrofy ekologicznej i społecznej proste, bezpośrednie przyjemności są najlepsze. To także siła metalu, który mimo ciągłych zmian trendów, potrafi odnaleźć się w nowej rzeczywistości, o czym świadczy zaskakująco wysoki poziom użytkowania Instagrama przez często bardzo ekstremalne zespoły. Patrząc przez prawdziwy przekrój wiekowy i społeczny na koncercie Slipknota, przeczuwam lekki renesans ciężkiego grania w bardziej mainstreamowej optyce. Chyba nie ma lepszego soundtracku do nadciągającej apokalipsy!

 

fot. Oskar Szramka

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive