Emme Phyzema - "Emme Phyzema"

80%

Trudna do jednoznacznego sklasyfikowania muzyka amerykańskiej multi-instrumentalistki Emme Phyzemy daje poczucie dziwności i oderwania od rzeczywistości. W swojejtwórczości łączy avant-garde, avant-prog z prog metalem i prog rockiem, a jej drugi album rozwija i doskonali to energiczne połączenie.

Od czasu ukazania się pierwszego albumu wokalistki minęło zaledwie kilka miesięcy. Emme Phyzema gromadziła kompozycje, których część ukazała się na "Dispelling Differences", przez ponad dziesięć lat i ostatecznie zadebiutowała na początku stycznia. Eklektyzm tamtego materiału, płynąca z niego energia i to, jak dobrze wszystkie tamte utwory zazębiały się ze sobą robiły wrażenie. Szybkie wydanie nowej płyty przez Phyzemę ucieszyło, choć dość często zdarza się, że płyta wydana w tak krótkim odstępie czasu po poprzedniej jest słabsza, ale "Emme Phyzema" pod tym względem nie zawodzi.

 

Forma obrana wcześniej zostaje rozwinięta i choć muzyczka ironicznie nazywa płytę "głupim zbiorem piosenek", pozorna przypadkowość i eksperymentalizm tych wszystkich dźwięków zdaje się być jak najbardziej przemyślana. I właśnie to - poza samym brzmieniem - najbardziej fascynuje. Po pierwszym przesłuchaniu albumu można odnieść wrażenie, że zawiera kompletną kakofonię (przy okazji warto pochwalić mastering płyty), jednak z każdym kolejnym przesłuchaniem zaczyna się wyłapywać z tych świetnie zaaranżowanych piosenek elementy stanowiące o ich wyjątkowości. A to płyta ciężka i nieprzystępna.

 

Prog metalowy "Eternal Internal Conflict" dobrze buduje klimat. To uderzenie energii, hałaśliwy i charakteryzujący się częstymi zmianami tempa instrumentalny utwór. Wszystkie kompozycje cechuje podobna żywiołowość i pięknie "połamany" rytm, wszędzie wyróżnia się również bardzo wyraźny i znakomicie brzmiący bas. W większości utworów można usłyszeć fortepian, który dołącza do powstałej burzy dźwięków i na którym Phyzema stworzyła ciekawe wariacje. "Partial Sequence" od strony instrumentalnej podejmuje prog metalowe tropy, jednak jest o wiele krótszy (trwa ponad minutę) i co najważniejsze - bardziej atmosferyczny. Dzieje się tak głównie za sprawą nastrojowych wokaliz, śpiewu oraz szybkiej melodeklamacji, która nadaje piosence nieco teatralnego/kabaretowego charakteru. Oczywiście w dobrym znaczeniu tego słowa.

 

W "Beese" tempo nie zwalnia, a dzięki dźwiękom instrumentów klawiszowych jest tu dużo melodii. Trwający niespełna minutę "One of Me is More than Enough" uderza punkową energią. Słyszalne na początku dźwięki syntezatora nadają piosence ciekawego wydźwięku. W "Contemplating Eggshells" oprócz gitary można usłyszeć banjo. To dość nietypowe zestawienie sprawdza się zaskakująco dobrze. Jedną z najładniejszych wariacji na fortepianie zawiera równie energiczny "Out-Put/Put-Out" - zasadniczo dzielący się na dwie części. Pierwsza rozpoczyna się od powolnych riffów, potem nabiera tempa i można w nim usłyszeć nawet wrzask wokalistki. Wszystko cichnie, gdy fortepian i bas dochodzą do głosu, dominując w drugiej, już całkiem instrumentalnej części utworu. Brak gitar daje potrzebną ulgę i względną ciszę, ponieważ na tym etapie można już czuć zmęczenie ciągłym hałasem.

 

Później można usłyszeć dwie najbardziej "piosenkowe" kompozycje na płycie - "James Clark" i "Identity Forms (Nameless)". Tekst do pierwszej z nich jest jedynym nienapisanym przez muzyczkę, tekst drugiego porusza problemy tożsamości w społeczeństwie. "James Clark" w pierwszej połowie ma garage rockową aranżację, później przybiera jednak bardziej eksperymentalną formę, tak charakterystyczną dla tego albumu. Niespełna dwuminutowy "Gurghel" ma już metalowy charakter, a oprócz wokaliz, można usłyszeć growl wokalistki. Potem następuje najbardziej nieoczywisty moment na płycie - "The Void is a Porno". Phyzema nie tyle nagrała cover, co przerobiła utwór progresywno-rockowego zespołu Pseudo/Sentai zatytułoany "The Code Ocean". W jej wersji dominują wokal, bas fortepian i automat perkusyjny. A to tylko pierwsza część utworu, bo w jego drugiej połowie można usłyszeć "Fugę Małą g-moll" Bacha.

 

Tym dość niecodziennym utworem kończy się "pierwsza część" płyty - pół godziny pięknego hałasu. Instrumentalny "X", ostatni utwór na płycie, także trwa pół godziny. Wokalistka przearanżowała w nim wszystkie utwory z płyty głównie na fortepian i bas, co jest interesującym eksperymentem. Koniec końców to dobra płyta, chociaż - gdy nie przygotowało się dostatecznie do jej słuchania - można mieć wrażenie przesytu.

 

Głośne, przeszywające na wskroś, a czasem nieprzystępne, ciężkie i kakofoniczne brzmienie Emme Phyzemy ma w sobie sporo melodyjności i energii. Na drugim albumie tej multi-instrumentalistki prog rock miesza się z prog metalem, awangardą i muzyką eksperymentalną i choć ciężko przebić się przez hałas oraz natłok dźwięków w poszczególnych utworach, warto docenić świeżość tego brzmienia.


wydanie własne/2019


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive