Nenne: Ghibli pokazało mi nowy świat wrażliwości

Jazz, j-pop, studia na duńskim Rytmisk Musikkonservatorium, teksty w języku japońskim zainspirowane bajką wymyśloną pod wpływem animacji studia Ghibli, teledysk nagrany na taśmę VHS i komiks dołączony do płyty... To może brzmieć jak opis kilku zespołów, ale w rzeczywistości jest opisem działalności duetu Nenne, który właśnie wydał debiutancki album - "Underwater Disco".

Jarosław Kowal: Mail, który dostałem od ciebie zaczyna się od słów: Nazywam się Albert Karch, robię różne rzeczy i to właściwie doskonale podsumowuje twoją działalność, bo faktycznie robisz bardzo różne rzeczy. Ja znam ciebie głównie z działalności jazzowej i byłem dość zaskoczony, że Nenne jazzem nie jest.
Albert Karch: Przyznam, że początek tego maila nie jest do końca przypadkowy, długo zastanawiałem się nad formułką, która pozwoliłaby zawrzeć wszystkie te rzeczy, którymi się zajmuję, a które tak naprawdę różne są tylko pozornie. Ostatecznie takie zabawne zdanie najbardziej mi pasowało.

Z Sundial czy z Markiem Malinowskim grałeś muzykę od strony technicznej niełatwą, w przypadku Nenne perkusję zastąpiły elektroniczne bity. Potrzebowałeś odpoczynku od swojego głównego instrumentu?
Odpoczynek to może nie jest dobre określenie, ale zawsze interesowała mnie praca w studiu i produkcja. Nie w sensie tworzenia muzyki elektronicznej, a raczej opieka nad ekspresją, siedzenie nad pojedynczymi dźwiękami przez długi czas. Paradoksalnie te wszystkie bity i dźwięki są samplami akustycznymi - nagrywałem swój instrument i na tej bazie budowałem utwory. Wydaje mi się, że szukałem po prostu trochę innego podejście niż w muzyce, którą dotychczas grałem, bardziej improwizowanej. Zazwyczaj siedzę przy instrumencie akustycznym i reaguję na bieżąco, a przy Nenne miałem zupełnie inny rodzaj kontroli nad materiałem. A zaczęło się to od słuchania japońskiego duetu Capsule, bardzo spodobała mi się produkcja Yasutaki Nakaty [producenta między innymi Kyary Pamyu Pamyu], a także robienie muzyki na komputerze.

 

Do japońskiego wątku jeszcze wrócimy, ale czy miał na tę muzykę wpływ twój pobyt w Kopenhadze? Tak się dziwnie składa, że jedne z najciekawszych współczesnych polskich zespołów jazzowych powstały właśnie na tamtejszych uczelniach.
Rytmisk Musikkonservatorium to szkoła wyjątkowa nawet jak na Danię, mamy tam bardzo dużo swobody, a program nastawiony jest na uczenie się od siebie nawzajem. Każdy pochodzi z innego środowiska i przynosi inne doświadczenia, na przykład w mojej klasie było mnóstwo osób, które samodzielnie produkowały muzykę, co po rzetelnej edukacji jazzowej w Polsce, na początku było dla mnie szokiem. Jeden robił techno, inny bity na przykład dla Kendricka Lamara, jeszcze inny grał free jazz albo śpiewał z gitarą. Na początku bardzo trudno było zrozumieć, że każdy z nas robi dobrą muzykę, choć bardzo odmienną. Nenne powstało właśnie w takiej atmosferze, a pierwotnie wynikało z mojej współpracy z kolegą z klasy, z którym dość szybko przestałem działać i zająłem się tym sam. Szkoła nie wymusiła jednak na mnie żadnej zmiany, ale środowisko nastawione na poszukiwania i otwartość zmieniły sposób, w jaki postrzegam muzykę. Doszedłem do tego, że każda muzyka ma prawo istnieć, o ile jest spójna i wynika z artystycznego procesu. Stąd wzięło się Nenne.

Właśnie tam poznałeś Lo Ersare, drugą połową duetu?
Tak, a wszystko zaczęło się od tego, że przez pewien czas obydwoje nie mieliśmy komputera. Siedzieliśmy w pracowni komputerowej i po wymianie kilku zdań okazało się, że lubimy ten sam japoński zespół i obydwoje uczymy się japońskiego. Produkowaliśmy w tym czasie swoje rzeczy i rozmawialiśmy godzinami na przeróżne tematy.

 

To jest chyba najciekawszy wątek waszej działalności - dlaczego piszecie teksty w języku japońskim?
U mnie w dużym stopniu jest to związane ze studiem Ghibli. W pewnym momencie bardzo mnie to wciągnęło i otworzyło przede mną nowy świat wrażliwości, którego - jak się okazało - potrzebowałem. Od tego się zaczęło i powoli doszedłem do nauki języka, zupełnie nowego sposobu komunikacji, który bardzo mi się spodobał. Najpierw odkrywałem to poprzez kilka j-popowych zespołów, ale później doszedłem do muzyki między innymi Ryuichiego Sakamoto czy Ichiko Aoby, z którą teraz pracuję. Jest w tym języku pewna miękkości i coś, czego nigdy nie potrafię dobrze wytłumaczyć... W Japonii mają na to odpowiednie słowo - kirakira. U Lo było podobnie - kiedy była trzynastolatką, oglądała anime od rana do nocy [śmiech] i też uczyła się japońskiego, a nawet studiowała przez pewien czas na japonistyce, jeszcze zanim zaczęła edukację muzyczną.

Ciekawe, że wskazałeś akurat na Ghibli, bo kiedy czytałem o czym jest utwór "Madoromi", miałem wrażenie, że to idealny materiał na kolejną animację tego studia.
Byłoby to bardzo fajne i z przyjemnością złożę im taką ofertę [śmiech]. Ważne dla powstania Nenne jest to, że kiedyś w Kopenhadze były dostępne elektryczne rowery i były strasznie tanie. Stacja była oddalona od mojego domu o jakieś pięćset metrów i musiałem do niej dochodzić przez park, wtedy wymyśliłem tę bajkę, która stała się bazą nie tylko dla "Madoromi", ale dla wszystkich tekstów Nenne. Oglądanie Ghibli i podobnych anime na pewno na to wpłynęło. Tego rodzaju ekspresja i wrażliwość zawsze były mi bliskie i chciałem w końcu zrobić projekt, w którym mógłbym to wyeksponować.

 

Jaki macie podział zadań w Nenne? Z tego, co mówisz wynika, że ciężar spoczywa przede wszystkim na tobie.
Rzeczywiście to ja jestem inicjatorem i na początku większość pomysłów wychodziła ode mnie. Uczyłem się na tym projekcie produkcji muzycznej, a obecny kształt nabierał przez prawie trzy lata. Ja produkuję, ale rola Lo jest bardzo ważna, bo stanowi pewnego rodzaju lustro. To osoba, do której przychodziłem z wszystkim, co miałem, a ona mówiła: To odpada, tu jest super, tam średnio, jeszcze o tym pomyśl, a tam w ogóle nie idźmy i tak dalej. Teksty też są Lo. Napisałem wprawdzie tę bajkę, ale tekst na jej temat stworzyła Lo. Coraz częściej mamy próby, gramy coraz więcej koncertów i coraz większa liczba jej pomysłów staje się częścią Nenne.

 

Jako muzyk jazzowy próbujesz wplatać na koncertach improwizację do waszych utworów?
Na początku graliśmy raczej jeden do jednego, to były niemal całkowicie wersje studyjne, ale szybko zauważyliśmy, że skoro jesteśmy improwizującymi muzykami, to potrzebujemy tego elementu, żeby ożywić naszą muzykę. Są partie, które mamy zaprogramowane i wręcz odtwarzam je, ale cała reszta za każdym razem dzieje się inaczej, a Lo prawie zawsze śpiewa coś innego. Czasami wystarczy, że puścimy jakiś loop i wokół niego improwizujemy. Chcemy mieć muzykę, która mieści się w pewnych ramach produkcyjnych, ale z drugiej strony pozwala swobodnie czuć się na scenie. Chcemy mieć możliwość zabawy podczas koncertów.

Mieliście już okazję przedstawić się także przed japońską publicznością. Jak zareagowali na waszą muzykę?
Baliśmy się, jak to będzie - dwoje europejczyków z Kopenhagi piszących po japońsku, to było dość nietypowe [śmiech]. Dla niektórych pewnie było dziwnie, ale ostatecznie zwłaszcza tam, gdzie graliśmy dla młodych ludzi, mieliśmy bardzo dobre przyjęcie. Nie było tych koncertów dużo, bodajże pięć, ale myślę, że jest dla nas nadzieja [śmiech]. Nie jest to odbierane jako coś dziwacznego.

 

Niby tylko pięć koncertów w Japonii, ale mam wrażenie, że wiele polskich zespołów ma obawy, żeby spróbować sił nawet w Niemczech. Nie mieliście nawet wydanego albumu, więc jak udało się zorganizować ten wyjazd?

Jeżdżę do Japonii od trzech lat co roku, teraz spędziłem tam trzy miesiące, bo mam też dwa inne projekty, z zupełnie innymi muzykami i grałem przez ten czas z nimi wszystkimi. Zorganizowanie tego wynika z dłuższego procesu, z inwestowania czasu i budowania relacji. Nie jest to łatwe, ale dużo dostaje się w zamian. To nie jest po prostu pojechanie na zagraniczną trasę koncertową, to bardziej budowanie czegoś wewnątrz tego kraju, wymaga większego zaangażowania. Przewrotnie to duże popowe zespoły na ogół boją się takich wyjazdów, bo nawet jeżeli są znane w swoim kraju, nie znaczy to, że będą znane w innych krajach.

 

Kiedy już skonfrontowaliście się z japońską muzyką, mieliście poczucie, że różni się od waszego wyobrażenia o niej i powinniście coś skorygować?
Zupełnie nie. W trakcie pracy nad tym projektem coraz bardziej czułem, że bliżej jest mi na przykład do Ryuichiego Sakamoto - balansu pomiędzy ambientem a muzyką współczesną, ale także do popu, który ma bardziej rozbudowaną narrację. To nie są tylko piosenki, choć w samych piosenkach nie ma niczego złego. Nenne też zacząłem tak postrzegać - J-pop był impulsem do rozpoczęcia działania, dał nam specyficzną, ćwierćnutową rytmikę i często dość normalne refreny [śmiech]. Zobaczyłem jednak, że siłą tego projektu jest coś innego niż "dwoje europejczyków gra J-pop". Poszliśmy w innym kierunku i chyba dlatego zostaliśmy w Japonii dobrze odebrani. Kalka czegoś modnego nie udałaby się, wtedy byłoby dziwnie.

Z płytą związane są inne ciekawe przedsięwzięcia, chociażby teledysk do "Underwater Disco" nagrany na taśmę VHS.
Ten teledysk zrobił mój brat, to był jego pomysł, ale bardzo mi bliski, bo te wszystkie vaporwave'owe nastroje bardzo mnie interesują. Chciałem do tego nawiązać estetycznie, dlatego całość na charakter bardzo lo-fi, przypomina domową produkcję. Mój brat z kolei strasznie interesuje się VHS-em i gdzieś się te nasze zainteresowania spotkały. Wizualna oprawa Nenne jest dla mnie bardzo ważna, przykładamy wagę także do tego, jak wyglądamy na scenie i chcemy już zawsze występować z wizualizacjami.

 

Co ciekawe i bardzo niespotykane, będzie także komiks towarzyszący płycie.
Tak, to jest dla mnie bardzo ważna rzecz, bo chciałem, żeby bajka, którą wymyśliłem na potrzeby albumu była obecna nie tylko w tekstach. Ania Krztoń - którą znam od lat i tak się złożyło, że została wspaniałą rysowniczką - bardzo zainteresowała się naszą muzyką i zawsze chciała zrobić coś w około-mangowej estetyce. Dla niej Japonia też jest bardzo bliskim miejscem. Cieszę się, że udało się to zrobić z Anią.

 

Gracie w Kopenhadze, gracie w Japonii, ale w Polsce rzadko można was zobaczyć. Planujecie więcej występów tutaj?
Graliśmy w Polsce trzy razy - w Bielsku i dwa razy w Warszawie, ostatnio przy okazji premiery albumu. Chwilowo to tyle, ale na pewno później będziemy dalej działać i szukać innych możliwości występów.

 

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive