White Lies - "Five"

85%

Na pewno chociaż raz w życiu mieliście okazję zetknąć się z wiekowym i twardogłowym ortodoksem, który bardzo uparcie przekonywał was, że teraz nie ma już dobrej muzyki. No prawie, bo jeśli jest, to tworzą ją muzycy z zespołów doświadczonych stażem. Najczęściej takich, których dany delikwent słuchał w latach swojej młodości.

Oczywiście jest to nieprawdą, bo dobrej muzyki prezentowanej przez młodych artystów mamy tyle, że tylko ciąć z metra, ale jednak są takie gatunki, które albo truchleją na śmietniku historii, albo faktycznie są reprezentowane godnie tylko przez zespoły, którzy "siedzą" w nich od lat. Potwierdzenie dla słuszności tego akapitu znajduję w czterech słowach - "indie rock" oraz "White Lies".

 

Oczywiście czytelnicy, którzy w zeszłym roku podziwiali chociażby występ Arctic Monkeys na Open'erze pewnie już się ze mnie śmieją, ale jednak Arctic Monkeys też mają za sobą lata na scenie. Tak samo Foster the People, Franz Ferdinand i gremialna grupa innych wykonawców, których flagowe utwory znajdują się na playlistach setek tysięcy nastolatków z całego świata. Odnoszę zwyczajnie wrażenie, że młodsi reprezentanci indie rocka nie mają nic intrygującego w swoich kompozytorskich zasobach, został sam fundament zbudowany przez weteranów znacznie wcześniej i tyle. Tak się składa, że to właśnie ci weterani wciąż mają dużo do powiedzenia i potrafią zaskoczyć nowymi pomysłami.

 

Kiedy lekko ponad miesiąc temu miejsce miała premiera najnowszego krążka The National, nie mogłem nadziwić się, że grupa grająca - pozornie - na bardzo hermetycznych zasadach, wciąż ma w sobie iskrę świeżych pomysłów, że ten silnik w ogóle nie rdzewieje. Moja radość jest wobec tego nawet podwójna, bo u White Lies też nic nie rdzewieje. Wręcz przeciwnie - to wszystko kipi życiem. Tak, mam świadomość, że oba te zespoły to nieco inna liga, ale mimo dysponowania odmiennymi środkami, oba mają podobny cel - częstować swoich słuchaczy piosenkami o cokolwiek wisielczej atmosferze, obdarzonych niezaprzeczalnym potencjałem komercyjnym. Warto dostrzec, że "Five" oferuje też trochę więcej optymizmu niż "I Am Easy to Find". Tutaj nic nie wali ci się na głowę. Po prostu wiesz, że jest słabo, bo tak wygląda życie, ale należy szukać tych pozytywnych chwil, bo bez nich nie ma nic.

 

Jestem skłonny stwierdzić, że to właśnie ten nieco krzepiący nastrój płyty ma niebagatelny wpływ na jej chwytliwość. Rzućmy okiem na to, co czeka nas już przy pierwszych sekundach - otwierający "Time to Give" aż zmusza do tańca zapętlonym perkusyjnym bitem i instrumentalnymi partiami ładnie czerpiącymi z dziedzictwa New Order. Albo taki "Finish Line" - niby pan wokalista poucza w tekście, że nadmierna ekscytacja jest wysoce niepraktyczna, ale jak tu się nie ekscytować, gdy na niemal hardrockowym fundamencie atakuje nas tak dobrze skonstruowany, melodyjny refren? Wszystkie te składowe są też o tyle dobre, że nie ma w nich przesady. White Lies nie próbują robić hitów na siłę, jeśli szukacie wyreżyserowanej stadionowości dogorywających dinozaurów rocka, to trafiliście pod zły adres.

 

W tym szczerym podejściu widzę clué całego materiału White Lies. Autentycznie wierzę, że tworzenie "Five" dało członkom zespołu wielkie pokłady frajdy, bo tak ten krążek brzmi - jak dobra zabawa, jak odrzucenie wszelkiego życiowego stresu i trosk na tych kilkadziesiąt minut. Ja do tej zabawy dołączam w zasadzie co parę dni. Wam też zalecam.


PIAS/2019


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive