Godzilla II: Król potworów. Tron niezagrożony

74%

"Król potworów" to - łącznie z przeróżnymi zagranicznymi wersjami oraz pełnometrażowymi animacjami - trzydzieste dziewiąte spotkanie z Godzillą, a także druga część stworzona w ramach zapoczątkowanego pięć lat temu MonsterVerse, cyklu umiarkowanie lubianego przez fanów kaijū i kompletnie niezrozumiałego dla wszystkich innych.

Współcześni filmowcy z Zachodu w ostatnich latach wreszcie zrozumieli, że widzom nie zależy aż tak bardzo na dużej ilości wybuchów, na dużej ilości efektów cyfrowych czy na dużej ilości identycznych pojedynków. Widzowie lubią natomiast, kiedy przez ekran przewija się większa liczba bohaterów i antagonistów, zwłaszcza wówczas, gdy są znani ze starszych filmów, z komiksów czy wszelakich innych mediów. To dlatego Robert Pattinson w nowym "Batmanie" nie będzie walczył ze standardowym jednym lub dwoma czarnymi charakterami, lecz - według plotek - aż z czworgiem. Michael Dougherty (reżyser, który fatalne "Superman: Powrót" odkupił kilka lat temu za sprawą jednego z najlepszych świątecznych horrorów w historii filmu - "Krampus. Duch Świąt") poszedł tym tropem i sparował najpotężniejszego gada znanego ludzkości ze starymi znajomymi - Mothrą, Rodanem oraz królem Ghidorą, ale także z kilkoma nowymi... tytanami? Bo chociaż w tytule mamy "króla potworów", to nie wiedzieć dlaczego, wszyscy używają właśnie określenia "tytan".

Zaletą jest to ze względów oczywistych - dostarcza znakomitej, niesamowicie efektownej rozrywki. Wadą może być natomiast dlatego, że wszystkie te stworzenia pojawiają się ot tak, bez własnych historii, a przecież pierwotnie debiutowały we własnych filmach - Rodan w 1956 roku, Mothra w 1961, a król Ghidorah w 1964. Dopiero po latach ich ścieżki skrzyżowały się z Godzillą i zupełnie nieintencjonalnie powstało rozległe, bogate uniwersum. Skrócenie całego tego procesu nie jest może w "Królu potworów" tak dotkliwe, jak desperackie próby dogonienia świata superbohaterów Marvela przez ekipę z Ligi Sprawiedliwości czy skasowane po bolesnym fiasku "Mumii" Dark Universe, niemniej widzowie, którzy nieszczególnie zgłębiali oryginalną historię Godzilli (a podejrzewam, że w 2019 roku poza Japonią jest to zdecydowana większość) obserwują po prostu walkę jakichś anonimowych, złowieszczych stworów, bez świadomości istnienia bogatej biografii każdego z nich.

Potwory/Tytani wywiązują się z powierzonego im zadania dostarczenia ludycznych wrażeń. Gorzej wypada obsada ludzka, ale winą za to obarczyć należy raczej scenarzystów. Przez ekran przewijają się utalentowani aktorzy i aktorki - Kyle Chandler (świetny aktor dramatyczny, znany z "Manchester by the Sea" czy "Wilka z Wall Street"), Vera Farmiga (kojarzona dzisiaj głównie z serią "Obecność"), Millie Bobby Brown (czyli Jedenastka ze "Stranger Things"), Ken Watanabe (naczelny hollywoodzki Japończyk), Ziyi Zhang (ostatnio coraz rzadziej widywana na ekranie) czy Charles Dance (zasłużony dla popkultury aktor, którego ścieżki krzyżowały się z Ksenomorfem, Jamesem Bondem czy rodem Lannisterów). Każde z nich wyciska z siebie wszystko, na co je stać, ale czasami po prostu nie mają czego zagrać, relacje pomiędzy nimi są forsowane i trudno przejmować się ich losami. Jeżeli już komuś kibicuje się w trakcie oglądania "Króla potworów", to Godzilli, a nie ludzkości. Zresztą historia zatoczyła krąg i dostajemy tutaj wyraźnie zaznaczony wątek ekologiczny, zupełnie jak w debiucie gada z 1954 roku.

Obecność kaijū jest z początku postrzegana jako sposób na oczyszczenie Ziemi z ludzkiej zarazy, która eksploatuje zasoby naturalne do granic możliwości, zanieczyszcza środowisko i morduje kolejne gatunki. Jesteśmy wirusami, a Tytani to naturalny antybiotyk - niby nic nowego, ale przy ostatnich zapowiedziach, jakoby życie na tej planecie miało termin ważności do 2050 roku, temat jest równie aktualny, co antyatomowe przesłanie filmu Ishirō Hondy.

 

"Godzilla II: Król potworów" spełnia obietnicę rozwałki na niebotyczną skalę. Nigdy dotąd tak wiele gargantuicznych stworów nie siało tak efektownego spustoszenia, ale to mniej więcej ta sama kategoria, co "Pacific Rim", czyli wizualnie imponujące przedsięwzięcie, które przyspieszy bicie serca każdego, kto w dzieciństwie zachwycał się "Generałem Daimosem", "Power Rangers" czy... właśnie Godzillą, bo co by o tym filmie nie napisać, to jego tytułowy bohater faktycznie królem potworów jest. Jeżeli natomiast będziecie szukać tutaj dramatyzmu, wyjdziecie z kina srogo zawiedzeni. Dla mnie pomimo wysokiego budżetu, jest to rozrywka klasy B i w swojej kategorii bardzo zadowalająca.


Godzilla II: Król potworów

Tytuł oryginalny: Godzilla: King of the Monsters

USA, 2019

Warner Bros.

Reżyseria: Michael Dougherty

Obsada: Kyle Chandler, Vera Farmiga, Millie Bobby Brown


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive