The Blind Suns: We Francji można wyżyć z muzyki

Teksty ich pierwszego albumu ("Baltic Waves" z 2014 roku) były mroczne i melancholijne, z kolei ubiegłoroczne "Offshore" niesie ze sobą więcej wolności, adrenaliny, ale także chęć ucieczki. Choć mogłoby się wydawać, że ich muzyka jest dość jednowymiarowa, to na żywo dzieje się o wiele więcej. W kwietniu The Blind Suns po raz pierwszy zagrali w Polsce, ale już zapowiedzieli powrót.

Barbara Skrodzka: Szukałam czegoś na temat The Blind Suns na polskich stronach internetowych, ale odbiłam się od ściany. Informacji na wasz temat po polsku jest bardzo mało, co innego po francusku.

Dorota Kuszewska: Skład jest polsko-francuski, ale mieszkamy we Francji. Ja jestem Polką i żyję we Francji już od ponad piętnastu lat. The Blind Suns powstało cztery lata temu, a nasze pierwsze osiągnięcia i koncerty rzeczywiście były związane z Francją, dlatego w mediach jesteśmy najbardziej obecni właśnie tam, potem udało nam się zagrać na różnych zagranicznych festiwalach.

 

Wyjechałaś z Polski do Francji na wymianę szkolną i tam poznałaś gitarzystę zespołu.

Dokładnie tak. To było w 2005 roku - byłam na wymianie szkolnej w liceum. Wtedy nie miałam pojęcia o Francji i o Francuzach. Mówiłam bardzo słabo po francusku, ale wydarzyło się coś dziwnego - spotkałam Romaina i od razu coś nas połączyło, tak na poważnie. Rok później wyjechałam na studia do Francji, przede wszystkim w celu grania muzyki razem z nim. Tak to się wszystko zaczęło, od tej wymiany szkolnej. Nadal gramy i to wszystko jakoś toczy się dalej.

Wszyscy mieszkacie w tej samej miejscowości?

Ja i gitarzysta mieszkamy w Angers. Od razu uprzedzam, że nazwa nie ma nic wspólnego z nienawiścią, to jest miasto aniołów, bo "ange" znaczy po francusku "anioł". Miasto znajduje się dwie godziny od wybrzeża Atlantyku, między Paryżem a Nantes. Działamy na własną rękę. Wszystko, co nagrywamy robimy na zasadzie DIY, w domu. Dzielimy się mniej więcej pół na pół, ale ja teraz piszę więcej tekstów niż Romain. On zajmuje się bardziej produkcją, aranżacją i komponowaniem muzyki, niemniej nagrywamy cały czas we dwoje.

 

Skąd miłość do francuskiego?

To nie była miłość, tylko przymus! [śmiech] To był mój drugi język obcy po angielskim. Zadecydował przypadek, a miłość narodziła się dopiero po tej wymianie, kiedy skonfrontowałam się bezpośrednio z krajem, ludźmi i bardzo miałam ochotę tam wrócić.

 

Jak zaczynaliście swoją przygodę jako zespół?

Z gitarzystą gram już od ponad dziesięciu lat w różnych projektach. The Blind Suns na początku miało być zespołem studyjnym. Zaczęliśmy kompletnie na odwrót - od albumu. Skomponowaliśmy utwory, wrzuciliśmy do internetu, spodobało się to ludziom do tego stopnia, że jakoś zagoniono nas na scenę i zaczęliśmy powolutku koncertować. Potem mieliśmy masę różnych przygód, możliwość wyjechania do Stanów Zjednoczonych, gdzie poznaliśmy bardzo dużo ciekawych osób, narodziły się nowe współprace artystyczne. Pracowaliśmy z producentem z Anglii, który współpracował z Queen, The Cure i Nickiem Cavem. Przy drugim albumie współpracowaliśmy z producentem z Kalifornii, a przy okazji muzykiem zespołu, który bardzo lubimy - nazywają się Crocodiles. Wszystko tak się potoczyło, że zaczęliśmy coraz więcej podróżować i w końcu udało nam się przyjechać do Polski. Zawsze chciałam tutaj wrócić i pokazać chłopakom, że w Polsce jest świetnie, jest fajna publika i naprawdę nie jesteśmy zawiedzeni. To jest nasza pierwsza trasa po Polsce. Mam nadzieję, że nie ostatnia.

Da się wyżyć z bycia muzykiem we Francji?

Aktualnie zajmujemy się tylko muzyką. We Francji można z tego naprawdę całkiem nieźle wyżyć. Jest tam coś takiego, jak status artysty, który nie jest uważany za zawód, ale coś innego. Mamy z tego pieniądze co miesiąc, tak jakbyśmy pracowali na etacie. Dostajemy pieniądze za bycie muzykami, za to że komponujemy, jesteśmy aktywni. To jest papierkowa robota, ale można z tego mieć niezłą wypłatę. Nie są to jakieś duże pieniądze, ale sytuacja jest lepsza niż w innych krajach. Wynagradzane jest bycie artystą nie tylko w muzyce, ale także w innych gałęziach sztuki.

 

Ciężko jest się przebić przez tę - chyba dość hermetyczną - scenę francuską?

Wszędzie jest ciężko się przebić, bo dzisiaj mamy naprawdę bardzo dużo ciekawych zespołów i mnóstwo ludzi, którzy mają ogromny potencjał artystyczny. Oprócz potencjału, trzeba mieć też silne barki, żeby to wszystko unieść. Trzeba dużo pracować, jeżeli chce się z tego utrzymywać. We Francji jest teraz naprawdę duża konkurencja, jest dużo fantastycznych zespołów. Gramy w środowisku bardziej alternatywnym, angielskojęzycznym, ale bardzo rozwinięta jest tutaj scena electro albo muzyki śpiewanej w języku francuskim. My stawiamy troszkę bardziej na amerykańskie brzmienia. Jesteśmy zafascynowani Kalifornią. We Francji mieliśmy okazję grać w naprawdę świetnych miejscach, ale nie czujemy się tam w pełni zrozumiani. Próbujemy za granicą, staramy się jak najwięcej podróżować i rzeczywiście ten rock'n'roll jest bardziej aktywny poza granicami Francji.

 

Bardzo mi się podoba twój wokal, brzmisz trochę jak Blondie. Śpiewasz od dziecka?

Nie, uaktywniło mi się to w wieku trzynastu lat. Nie wiem skąd, bo w mojej rodzinie nie ma w ogóle muzyków, nikt się tym nie interesuje. Zaczęła mnie po prostu interesować muzyka, słuchałam jej cały czas. Miałam okazję śpiewać na akademiach szkolnych, później w jakimś zespole rockowym... Im byłam starsza, tym bardziej zdawałam sobie sprawę, że jest to jedyna droga, którą mogę pójść, żeby być w zgodzie ze sobą. Powiedzmy, że od trzynastego roku życia zaczęłam się w to naprawdę wkręcać.

Jak było z chłopakami? Dla nich też było to czymś do czego zawsze dążyli?

Muszę przyznać, że gitarzysta jest dosyć eklektyczny, ma różne zainteresowania i gdyby nie ja, to skończyłby pewnie w wojsku albo byłby pilotem. Ja go troszeczkę zmusiłam i pociągnęłam w stronę środowiska muzycznego. To jest ciężka praca, dużo ryzykujemy - nie wiadomo, co się stanie za kilka lat, ale z drugiej strony jest to też ekscytujące. Nie wiem, dlaczego miałam w pewnym momencie takie oświecenie, że to jest to, co chcę robić w życiu, a Romain po prostu za mną podążył i teraz siedzimy w tym na maksa. Nie jesteśmy gotowi z tego wyjść, już jest na to za późno.

 

Macie już materiał na kolejny album?

Płyta jest właściwie nagrana. Jeszcze trochę promujemy nasz ostatni album, ale mam nadzieję, że na początku następnego roku wydamy coś nowego. Na nowej płycie nie oddalimy się za bardzo od tego, co robimy teraz, bo trzeba by było zmienić nazwę zespołu. Tym razem eksperymentowaliśmy trochę więcej z klawiszami i elektronicznym brzmieniem, które współgra razem z gitarami. Będzie to brzmiało bardziej jak muzyka z lat 80. - połączenie Fleetwood Mac z zespołami psychodelicznymi pokroju The War on Drugs czy nawet The Cure.

fot. Séverin Photography

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive