Ostatni kryzys. Tylko dla maniaków DC Comics

51%

Grant Morrison to jeden z najbardziej rozchwytywanych scenarzystów współczesnego komiksu. Obecnie pełni funkcję redaktora naczelnego "Heavy Metal", współpracował z Marvelem i z Image, ale najbardziej znany jest ze znakomitych historii stworzonych dla DC Comics. "Ostatni kryzys" nie jest jedną z nich...

Mam świadomość, jak niepopularna jest to opinia i jak wielu fanów uwielbia tę miniserię sprzed dekady. Być może właśnie tego mi zabrakło, żeby przeczytać "Ostatni kryzys" jednym tchem, zamiast męczyć się z nim przez ponad dwa miesiące - nie jestem aż tak oddanym fanem współczesnego DC Comics, żeby wyłapać każde jedno nawiązanie, żeby rozpoznać każdą jedną drugoplanową postać i jej ówczesne losy. Nie mam na myśli błahostek związanych z Batmanem, Wonder Woman czy nawet Black Lightningiem - wydarzenia z nimi związane staram się śledzić na bieżąco. Mam na myśli japońskich superbohaterów, zapomnianych złoczyńców sprzed lat pokroju Human Flame'a czy cholernych rycerzy jeżdżących na dalmatyńczykach! Odszyfrowanie całego tego kontekstu jest nie lada wyzwaniem, a bez niego można się poczuć jak na seansie "Avengers: Końca gry" bez zaznajomienia się z którymkolwiek z wcześniejszych filmów z kinowego uniwersum Marvela.

Najlepiej sprawdzają się te fragmenty, które z "Ostatniego kryzysu" dałoby się wyciągnąć i przedstawić jako odrębne historie. Świetne jest "Podporządkuj się", gdzie łotr (Tatooed Man) i heros (Black Lightning) łączą siły nie po to, żeby ocalić cały świat, ale zaledwie kilka niewinnych osób, a całość osadzono w postapokaliptycznej scenerii rodem z "Ucieczki z Nowego Jorku". Dobry scenariusz otrzymał Batman ("Kamerdyner to zrobił" i "Kamerdyner zrobił to znowu"), bo wracanie do jego najsłynniejszych pojedynków i oglądanie alternatywnych wersji wydarzeń zawsze sprawia frajdę, choć było tego już tak dużo, że na oryginalność nie można liczyć. Całą resztę wydarzeń spowija bitewny chaos, co ogląda się nawet z zaciekawieniem, gorzej natomiast z tekstem.

Morrison porwał się na swoiste sekaikei, czyli gatunek mangi, w którym groźba zagłady świata stanowi tło dla bardziej osobistej narracji (za pierwszy tytuł tego rodzaju zazwyczaj uznawany jest "Neon Genesis Evangelion"). Tutaj koniec ma nastąpić z ręki Darkseida i jego Antyżycia, ale jest zarazem metaforą depresji stopniowo pochłaniającej życie pojedynczego człowieka. Problem w tym, że to metafora szyta grubymi nićmi, a wiele górnolotnych wersów wywołuje nie refleksję, lecz zażenowanie i to jest największe zaskoczenie związane z lekturą "Ostatniego kryzysu", bo przecież Morrisona można by uznać wręcz za znak wysokiej jakości. Nie zapominajmy jednak, po co włodarze DC Comics tworzą te wszystkie "kryzysy" i angażujące niemalże każdą postać w katalogu crossovery - celem jest wprowadzenie czystek, zrestartowanie serii i zrobienia miejsca dla nowych czytelników, którzy mogliby się obawiać sięgnięcia na przykład po Batmana ze świadomością, że musieliby nadrabiać wydarzenia sięgające roku 1939.

 

"Ostatni kryzys" to pozycja skierowana do maniaków znających każdy zakamarek uniwersum DC, przebrnięcie przez nią może być trudne dla osób bez pansofijskich zapędów (ja sam dawno z żadnym komiksem nie zmagałem się aż tak długo), ale z drugiej strony to także imponujące widowiskowo ze świetnymi rysunkami (pięknie wydane przez Egmont), które może przyciągać walorami estetycznymi. Czy tyle wystarczy? Na to odpowiedzcie sobie sami.


Ostatni kryzys

Tytuł oryginalny: Final Crisis

Polska, 2019

Egmont

Scenariusz: Grant Morrison

Rysunki: różni ilustratorzy


Oddaj swój głos:

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive