FRONTSIDE

Dragon Ball: Odrodzony jako Yamcha

77%

Odrodzić się jako postać skazana na wielokrotną śmierć i jedyną nieszczęśliwą miłość ujętą w historii liczącej ponad pięćdziesiąt tomów, a do tego zdegradowanie z pierwszego planu do występów epizodycznych - kto by się na coś takiego pisał? No chyba, że doskonale znalibyśmy bieg zdarzeń, a tym samym moglibyśmy go odwrócić.

Taki pomysł przyświecał Dragongarowowi Lee - autorowi tylko tej jednej mangi, ale także niezliczonych dōjinshi, czyli japońskiego odpowiednika fan fiction. Jako oddany wielbiciel Yamchy, wielokrotnie próbował odmienić los swojego faworyta w publikowanych tylko w internecie krótkich opowiastkach, aż wreszcie wydawnictwo Shueisha zaproponowało mu współpracę przy jednorazowym przedsięwzięciu. Dzięki temu możemy poznać alternatywne losy jednego z największych pechowców świata wykreowanego przez Akirę Toriyamę i jest to dokładnie tak zabawne, jak już sama koncepcja może się wydawać.

Co najciekawsze, bezimienny chłopiec, którego Yamcha stał się reinkarnacją nie pochodzi z rzeczywistości pełnej zaokrąglonych budynków i ogromnej popularności turniejów sztuk walki. To zwykły japoński nastolatek i oddany fan "Dragon Balla", a w nowych warunkach staje się trochę Deadpoolem świadomym swojej obecności na kartach komiksu, trochę Biffem Tannenem z drugiej części "Powrotu do przyszłości", który korzysta z almanachu z wynikami sportowymi dla wzbogacenia się. Młodzieniec doskonale zna panujące tutaj prawa (na przykład wie, że w dobrym tonie jest upaść na ziemię po usłyszeniu jakiejś zabawnej odzywki), a nieszczęsny los swego nowego wcielenia postanawia odmienić, rezygnując z i ta skazanego na niepowodzenie romansu z Bulmą na rzecz ciężkiego treningu pod okiem Boskiego Miszcza.

 

Największą wadą mangi jest jej długość. Akcja zaczyna się pod koniec sagi Pilafa, kończy w trakcie Gry Cella, a całość (wraz z kilkoma dodatkami i wstępem) zajmuje raptem sto czterdzieści stron. Zostaje niedosyt i pewnie każdy, kto wychował się na "Dragon Ballu" mógłby dopowiedzieć jeszcze jakąś historyjkę - jak Yamcha nie porzucił treningów i wziął udział w turnieju zrujnowanym przez opętanego Vegetę albo jak nie dał zmienić się w czekoladę przez Buu - tylko czy odtworzenie scenariusza krok po kroku okazałoby się lepszym rozwiązaniem? W końcu nawet najśmieszniejszy żart staje się nudny, kiedy powtarza się go zbyt często.

Dragongarow Lee przeniósł swoją fantazję na papier z równie udanym skutkiem, co inny znany twórca dōjinshi - Toyotarō, czyli obecnie autor rysunków do "Dragon Ball Super". W odróżnieniu do zachodniego komiksu, "udany skutek" oznacza tutaj jak najwierniejsze odwzorowanie stylu znanego z oryginału. W Marvelu czy DC Comics wizerunek postaci często zmienia się w zależności od autora, a poszczególne wizje mają oddanych wielbicieli lub wrogów (wystarczy wspomnieć Spider-Mana według Todda McFarlane'a albo Kapitana Amerykę od Roba Liefelda), w mandze w cenie jest natomiast stałość i faktycznie trudno sobie wyobrazić pięknego Yamchę z ogromnymi oczami charakterystycznymi dla Clampa albo wielkogłowego i kompletnie nieproporcjonalnego jak w rysunkach Akihito Takushiego. Lee odwala więc kawał solidnej roboty, naśladując swojego mistrza, a w komiksie, który z założenia ma być hołdem i rekonstrukcją jest to wyjątkowo istotny zabieg.

 

"Odrodzony jako Yamcha" to lekka, zabawna, ale też wciągająca historia z kilkoma zaskoczeniami (poczekajcie, aż odkryjecie, kto jest tutaj głównym "złym"!) i atmosferą przypominającą przygody młodego Goku, które nie były zamknięte w schemacie walczenia z coraz to silniejszymi przeciwnikami i wchodzenia na kolejne stopnie sajańskich transformacji. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby Shueisha poszło w tym kierunku, bo o ile "Dragon Ball Super" to solidna kontynuacja mangi, która zmieniła życia wielu osób (jeżeli nie wierzycie, to sprawdźcie, ile hip-hopowych utworów nawiązuje do twórczości Toriyamy), to jednocześnie jest dość przewidywalna i wtórna. Podobny los dzielą zresztą amerykańscy herosi - wielkie wydarzenia Marvela coraz częściej nużą, a prawdziwą frajdę sprawiają skromne historie pokroju "Vision" Toma Kinga albo "Ms. Marvel" G. Willow Wilson. "Jaco z Galaktycznego Patrolu" i "Odrodzony jako Yamcha" pokazują, że w świecie Toriyamy to również działa, a kto nie chciałby poznać losów Lunch z okresu "Dragon Ball Z", zobaczyć jak Yajirobe znowu daje popis umiejętności walki mieczem albo w jakikolwiek sposób raz jeszcze spotkać się z Androidem 16? Oby to uniwersum rozrastało się także w tym kierunku.


Dragon Ball: Odrodzony jako Yamcha

Tytuł oryginalny: Doragon Bōru Gaiden: Tensei-shitara Yamucha Datta Ken

Polska, 2019

J.P.Fantastica

Scenariusz: Dragongarow Lee, Akira Toriyama

Rysunki: Dragongarow Lee


Oddaj swój głos:


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive