W zdrowym ciele chory duch

Rozmowa o zdrowiu psychicznym w branży muzycznej jest ciężka, bo ciągnie ją w dół kilka założeń ze strony publiczności. Po pierwsze, pokutuje szkodliwy stereotyp: "Trzeba być trochę szurniętym, żeby być artystą!". Co oczywiście w świetle nowoczesnej nauki o umyśle i naturze twórczości jest kompletną bzdurą, a jej zenitem jest idiotyczny koncept "Klubu 27".

Po drugie, niejako odmawia się prawa do zwracania uwagi na ciemniejsze aspekty działalności artystycznej, szczególnie na najwyższym poziomie popularności: "O, proszę, jeździ po całym świecie, zarabia pieniądze na tym, co lubi, a jeszcze narzeka!". Zapewne podobne zdania nie są wam obce, ba, może nawet też wam się wymsknęło coś w tym stylu.

Podpisywanie się pod jednym lub drugim nie jest ciężkim przestępstwem - popkultura, jak i sama branża muzyczna, zrobiły wiele, żebyśmy traktowali artystów i artystki poza ludzkimi kategoriami, a propaganda własnego sukcesu (w której zresztą wszyscy sami uczestniczymy w social mediach) przysłania potencjalnie ciężkie do przetrawienia aspekty kariery. Jednak coś w ostatnich latach drgnęło w stronę lepszej optyki i podnoszenia kwestii zdrowia psychicznego - oczywiście to między innymi skutek samobójstw (na przykład Chester Bennington i Avicii) i przedawkowań (na przykład Lil Peep i Mac Miller), które wstrząsnęły opinią publiczną.

Tę zmianę można wyczuć w dwóch obszarach, które są mi bliskie - rapu i muzyki klubowej. Kiedy kilka lat temu legenda dubstepu i brytyjskiej muzyki elektronicznej - producent i DJ Benga - ogłaszał odejście z branży, wskazał dwa główne czynniki, które doprowadziły go do rozwinięcia psychicznych zaburzeń: narkotyki i życie w trasie. Zarówno w świecie rapu, jak i muzyki klubowej gra się dużo i często, czasem równie często się ćpa. To, co dla publiczności jest okazjonalną sytuacją - ostra impreza z używkami - dla artystów i artystek może stać się kilkudniowym lotem każdego tygodnia. Nawet jeśli wyciągniemy z tego równania narkotyki i alkohol - które każdy bierze na własną odpowiedzialność - zostaje życie w trasie. Ciągłe podróże, karuzela tak samo wyglądających hoteli i lotnisk, poczucie samotności i alienacji skonfrontowane z zastrzykiem adrenaliny w trakcie i po występie.

W ciągu ostatnich dwóch lat można było przeczytać sporo artykułów i wywiadów, gdzie DJ-e i DJ-ki mówili o problemach, które mogą zrodzić się z intensywnego grania. Nie bez znaczenia jest również kontekst ekonomiczny - w bardzo konkurencyjnym środowisku nie każdy może sobie pozwolić na ograniczenie ilości bookingów. Na każdego Motor City Drum Ensemble, który w pewnym momencie zaczął cierpieć na dręczące ataki niepokoju i paniki, a który ograniczył granie do kilku imprez w miesiącu, przypada wiele postaci grających po dwie-trzy imprezy w każdy weekend, czy to z powodów zarobkowych, czy uzależnienia od tego szalonego trybu życia. Depresja, notoryczny niepokój, zaburzenia dysocjacyjne i wiele innych to wprost efekty życia w trasie, które rzadko pozwala na upadek w bezpieczną siatkę przyjaźni i związków - często niezbyt rozwiniętą właśnie przez intensywny i czasowo wymagający charakter muzycznej pracy.

Jeśli chodzi o rap, to przez wiele lat działał tu także mechanizm macho wyparcia - nie można pokazywać żadnej słabości, a zaburzenia psychiczne to przecież słabość. Ale w przeciągu kilku ostatnich lat widzieliśmy raperów i raperki, którzy wychodzili przed szereg i opowiadali o swoich traumach (na przykład Angel Haze) i zaburzeniach (między innymi Kid Cudi, Kanye West). Nie bez znaczenia jest także nurt emo rapu, który pod przewodnictwem Lil Peepa i XXXTentacion wcześniej, a Juice WRLDa teraz, wprost mówi o tym, że posiadanie negatywnych uczuć jest OK - co jest jakimś krokiem do samoakceptacji. Głośno się mówi o szukaniu pomocy, a od jakiegoś czasu działają również organizacje i infolinie wprost skupione na branży muzycznej, na przykład Help Musicians UK. Problemy dotyczą zresztą nie tylko ludzi, których widzimy na scenach - z własnym zdrowiem psychicznym zmagają się także obsługujący zaplecze, od tour managerów i managerek po agentów i agentki przyciskanych presją, ciągłą walką o najlepsze propozycje i nieregulowanym czasem pracy.

Opór w zaakceptowaniu czyjejś słabości w kulturze bycia najfajniejszym na całym Instagramie jest zrozumiały. Ale nawet jeśli podejmujemy samodzielne decyzje, to nie zapominajmy, jaką moc ma muzyka. A dzięki normalizacji rozmowy o problemach psychicznych, wiele zagubionych osób może usłyszeć od idola czy idolki słowa wsparcia - potrzebne, choć często niewystarczające - i znacznie potrzebniejszą sugestię szukania pomocy. Zresztą takiej normalizacji potrzebujemy wszędzie, nie tylko w branży muzycznej.

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive