Avengers: Koniec hype'u. Granice Marvel Cinematic Universe

"Avengers: Engdame" stanowi kulminację dla budowanego od kilkunastu lat napięcia związanego z kinowego uniwersum Marvela. Czy możliwe, aby po tej premierze dało się jeszcze utrzymać podobny poziom fanowskiego podniecenia?

W jednym z bardzo oszczędnych trailerów do "Avengers: Endgame" możemy zobaczyć, jak Tony Stark wspomina początek swojej przygody ze zbroją Iron Mana, która wydaje się (i rzeczywiście jest) oddalona o całą epokę - od premiery pierwszego filmu wchodzącego w skład Marvel Cinematic Universe minęło dwanaście lat. Niby nie tak dużo, ale kino rozrywkowe w tym czasie zmieniło się nie do poznania, właśnie za sprawą wielkiego projektu Marvela (który wtedy nie należał nawet do Disneya). MCU można nie lubić, ale trudno kłócić się z tym, że dzięki niemu filmy superbohaterskie przestały kojarzyć się z tanim paździerzem zrobionym po to, aby zarobić trochę pieniędzy na względnie popularnej licencji. Pomyślmy o pierwszej połowie zeszłej dekady, kiedy większość tego rodzaju produkcji stanowiły takie perły kinematografii, jak "Daredevil", "Kobiet-kot", "Ghost Rider", "Elektra" czy dwie części "Fantastycznej czwórki". W zalewie gniotów "Iron Man" jawił się jako powiew świeżości, który pokazał, że historie o trykociarzach mogą wzbić się na zupełnie inny poziom jakości (celowo nie wspominam tutaj "Batmanów" Nolana, bo nazwisko reżysera z automatu kierowało je do większego grona odbiorców, niekoniecznie zainteresowanego takim kinem).

"Iron Man" stanowi przełom dla kina superbohaterskiego, ale kłamstwem byłoby stwierdzenie, że sam projekt MCU od początku skazany był na sukces, bo po genezie Tony'ego Starka nastąpiło kilka mniej udanych tytułów. W końcu drugim filmem był "Incredible Hulk", który z perspektywy czasu wydaje się w ogóle nie pasować do reszty tytułów serii. "Iron Man 2" okazał się chaotyczną powtórką z rozrywki, a "Kapitan Ameryka" i "Thor" raczej utwierdzały w przekonaniu, że po filmach superbohaterskich nie powinno spodziewać się zbyt wiele. Już wtedy kreatorzy Marvela potrafili jednak zadbać o jeden kluczowy aspekt - utrzymywali ciekawość związaną z tworzeniem wspólnego uniwersum, w którym bohaterowie poszczególnych pozycji mogliby się spotkać we wspólnym obrazie. W ten sposób, pomimo średniej jakości poszczególnych filmów, fani oczekiwali w napięciu na "Avengers".

 

Śmiem twierdzić, że narodziny prawdziwego szału na Marvel Cinematic Universe miały miejsce właśnie przy okazji premiery tego filmu. Powodów sukcesów było wiele, z rozmachem na czele (z perspektywy czasu wydaje się to dość urocze), ale najważniejszym był chyba fakt, że reżyser i scenarzysta, czyli Joss Whedon (twórca kultowych "Buffy" i "Firefly" oraz scenarzysta komiksów o X-Menach) doskonale wiedział, czego fani oczekują od takiego obrazu. Jeszcze ciekawsza okazało się odkrycie, że "Avengers" stanowią tak naprawdę przystawkę przed czymś o wiele, wiele większym. Trudno zapomnieć podniecenie widzów podczas oglądania sceny po napisach, w której po raz pierwszy objawił się Thanos. To wtedy stało się wiadome, że MCU to przedsięwzięcie mające na celu sięgnąć po wszystko, co bogaty świat Marvela ma do zaoferowania. 

Jednakowoż po sukcesie "Avengers" w 2012 roku, nastąpił kolejny moment jakościowej zadyszki. "Iron Man 3" pokazał, że formuła solowym filmów wyczerpała się, a "Thor: Mroczny świat" dla wielu fanów jest jednym z najgorszych tytułów w całej franczyzie. Ponownym światełkiem w tunelu była druga część "Kapitana Ameryki", która uświadomiła widzom jedną istotną rzecz - tytuły z MCU działają najlepiej, kiedy biorą na warsztat inny podgatunek filmowy i żenią go z konwencją superhero. W tym wypadku padło na thriller szpiegowski. Naprawdę przełomowym momentem okazała się jednak premiera "Strażników Galaktyki" latem 2014 roku. Na ten czas pomysł wydawał się mocno ryzykowny, bo po raz pierwszy postanowiono podarować własny film drużynie, która była znana tylko bardziej zaangażowanym czytelnikom komiksów. Dodatkowo tym razem postawiono na film właściwie komediowy, utrzymany w bardzo lekkim duchu kina nowej przygody. Okazało się, że formuła MCU jest właściwie nieograniczona w swojej pojemności, a ludzi przyciągają nie tylko bohaterowie z żelaznego składu "Avengers". 

Kolejne pięć lat to ciągła rozbudowa kinowego uniwersum, które wydawało się żyć własnym życiem, ale nadal utrzymywało napięcie związane z tym, że wszystko zmierza do wielkiego finału związanego z zbieraniem przez Thanosa Kamieni Nieskończoności. Genialność tego zabiegu polega na tym, że nawet jeśli dany film niezbyt przypadł komuś do gustu, to i tak okazywał się wartościowy, jako kolejny element olbrzymiej układanki. Wydawało się już, że trudno zbudować większe fanowskie napięcie niż to związane z oczekiwaniem na "Avengers: Infinity War". Prawie dwadzieścia filmów, które przez dziesięć lat tworzyły podwaliny pod najambitniejsze przedsięwzięcie w historii kina rozrywkowego - to brzmi naprawdę dumnie. Jednak włodarzom MCU udało się ponownie dokonać niemożliwego i sprawić, że kolejna część oczekiwana jest jeszcze z większym rozgorączkowaniem. W czym na pewno pomaga fakt, że materiały promocyjne właściwie niczego nie zdradzają, co samo w sobie jest fenomenem.

 

Ta cała wyliczanka związana z krótką historią przełomów i oczekiwań miała na celu przygotowanie do jednego pytania - na co właściwie można czekać po "Avengers: Endgame"? Wydaje się, że właśnie osiągnęliśmy punkt krytyczny, po którym Marvel może nie mieć do zaoferowania już nic naprawdę zaskakującego. Prawie niemożliwym wydaje się podbicie poprzeczki związanej z nadbudową samego uniwersum - cały wątek z krucjatą Thanosa musi się w końcu rozwiązać, bo inaczej zaczniemy odczuwać syndrom telenoweli i fabularnego ciągnięcia gluta. Oczywiście w tle może pojawić się kolejne wielkie zagrożenie, które padnie cieniem na następną dekadę w MCU, ale to nadal będzie powtórka tego, co było. Wieloletnie oczekiwanie na kulminacje jest czymś, czego już się nie powtórzy.

Pewną nowością dla fanów mają być seriale skupiające się na postaciach drugoplanowych, ale to przecież także nie jest już niczym specjalnym, bo Netflix zdążył w tym czasie wyprodukować pięć swoich produkcji, a w międzyczasie trochę znudzić nimi swoich widzów. Seriale Disneya mają jednak wchodzić w skład fabularny kinowego uniwersum, ale czy to nie jest już droga do rozwodnienia tego, co zyskało popularność dzięki pewnej konkretności? Filmy MCU wychodzą od dwóch do trzech razy w roku, co dla wielu już stanowi graniczną ilość przyjmowanego trykociarstwa. Czy wszechobecność tych klimatów za sprawą seriali nie sprawi, że zniknie jakakolwiek podnieta z oczekiwania na nowe kinowe produkcje? Owszem, fajnie będzie zobaczyć kolejnego "Spider-Mana", ale mam wrażenie, że po tym miesiącu, to wszystko już nie będzie takie samo. Gdy osiągnie się szczytowe napięcie, oczywistym jest, że następne doznania będą o wiele bledsze. Oczywiście ludzie nadal będą walić do kina drzwiami i oknami, a Disney będzie inkasować kolejne rekordowe zyski, ale z czysto fanowskiego punktu widzenia wydaje mi się, że właśnie doszliśmy do punktu kulminacyjnego.

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive