Cisza. Ciche Miejsce klasy B

28%

"Ziemię zaatakowały przerażające stworzenia, które namierzają ofiary, nasłuchując ich odgłosów. Szesnastoletnia Ally Andrews, która straciła słuch w wieku 13 lat, wraz z rodziną szuka schronienia na odludziu, gdzie natrafia na groźną sektę pragnącą wykorzystać jej nieprzeciętne zdolności" - nie, to nie jest opis "Cichego miejsca", ale mógłby być, więc po co kręcić niemalże identyczny film zaledwie rok później?

Wygląda na to, że filmy klasy N (czyli Netflix Originals) wchodzą na wyższy poziom (czy też schodzą na niższy) i zaczynają kreować coś na wzór mockbusterów niesławnego studia The Asylum. Reżyser John R. Leonetti ma na koncie kilka koszmarków ("Mortal Kombat 2: Unicestwienie", "Efekt Motyla 2", pierwszą i zdecydowanie nieudaną część "Annabelle"), ale to duet scenarzystów najlepiej pozwala zrozumieć, z jakiego rodzaju produkcją mamy do czynienia. Carey i Shane Van Dyke to synowie Barry'ego Van Dyke'a, w Polsce znanego głównie jako sierżant John Hawke z serialu "Airwolf", a także wnukowie Dicka Van Dyke'a - blisko stuletniego komika, którego ostatnio można było zobaczyć w "Mary Poppins powraca".

Niby rodzina o aktorskich korzeniach, ale jednak rosnących na dziko, za płotem ogródka zwanego Hollywood. Najmłodsze pokolenie postanowiło to przekuć w atut i zaczęło tworzyć scenariusze do niskobudżetowych gniotów. Carey i Shane mają na koncie między innymi okropne found footage - "Czarnobyl. Reaktor strachu" oraz "Dzień, w którym Ziemia zamarła" - fatalną wersję i tak niezbyt udanego "Dnia, w którym zatrzymała się Ziemia" z Keanu Reevesem, pod którą podpisało się właśnie znane z podobnych chwytów studio The Asylum. Drugi z braci przy mocbusterach pracował nawet częściej - napisał "Transmorfersi: Upadek ludzkości" i... "Titanic II".

 

Dużo miejsca poświęciłem kontekstowi, ale nic lepiej nie wyjaśni, czym "Cisza" próbuje być. To kolejna próba spieniężenia aktualnego trendu, tym razem w postaci arthouse'owego horroru klasy B, a w dodatku bezczelnie zapożyczającego treść od chwalonego przez krytyków "Cichego miejsca". Twórcy mają wprawdzie "podkładkę" - oficjalnie stworzyli ekranizację książki Tima Lebbona o takim samym tytule, ale ich prawdziwe intencje są oczywiste.

Rezultatem jest kompilacja banałów, a jedyne towarzyszące jej uczucia to współczucie dla niezłej obsady, której przyszło grać w tak niedorzecznych scenach. Stanley Tucci nie pierwszy raz decyduje się na kiepską rolę (i tak jest lepiej niż w "Transformers"), ale to wciąż znakomity aktor, co udowodnił chociażby w "Spotlight". Tak samo dziewiętnastoletnia Kiernan Shipka - świetna jako nowa Sabrina, znakomita także w horrorze "Zło we mnie", a tutaj... całkowicie bezradna w obliczu marnej, odtwórczej fabuły.

 

Pierwszym sygnałem do odwrotu są efekty cyfrowe - ewidentnie grawitujące ku jakości znanej z "Rekinado". Najgorzej - rzecz jasna - prezentują się złowrogie istoty zwane "wespami", choć trafniejsze byłoby tandetne miano typu "dinoperze". Podobnie jak w "Cichym miejscu", tak i tutaj słuch absolutny drapieżników jest bardzo wybiórczy, ale jak przystało na rasowy mockbuster, wszystkiego jest więcej i wszystko jest bardziej, więc problemy ze słuchem są jeszcze intensywniejsze. Na przykład grupa osób przemieszczających się po lesie nie wydaje żadnych odgłosów (jakże przyjemniejsze byłyby letnie spacery bez tych wszystkich szumów i szmerów!), ale już pojedyncze syknięcie węża wywołuje furię rzucających się do ataku nie wiadomo skąd kreatur. To śmieszy, a nie przeraża, więc w akcie desperacji postanowiono zagrać na emocjach widza - a to ginie noworodek, a to zakochana para... Przypomina to trochę ten odcinek "Przyjaciół", w którym Monica wygłasza mowę z okazji rocznicy ślubu rodziców i desperacko próbuje wydusić z nich łzy, wspominając śmierć babci czy nawet ukochanego psa... i jest tak samo nieskuteczne.

Jak przystało na postapokaliptyczny film z XXI wieku, ostatecznie głównymi złymi okazują się nie dzikie bestie, ale człowiek. Leonetti i bracia Van Dyke w finale serwują pseudo-refleksyjne treści o tym, jak łatwo utracić człowieczeństwo, a przy okazji szyją grubymi nićmi aluzję do religijnego fanatyzmu. Nic, czego "The Walking Dead" już by nie przerobiło. Jedyne, co odróżnia ten film od pierwszej lepszej produkcji, na jakie można się natknąć wieczorami na kanale TV Puls to umiejętności aktorskie na poziomie wyższym niż możliwości statystów produkcji typu "Trudne sprawy", ale czy to wystarczy, żeby poświęcić półtorej godziny życia? W moim odczuciu nie.


Cisza

Tytuł oryginalny: The Silence

USA, 2019

Netflix

Reżyseria: John R. Leonetti

Obsada: Stanley Tucci, Kiernan Shipka, Miranda Otto


Oddaj swój głos:

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive