Tamaryn

Bałtyk - "Self Help, Pt. 1"

70%

O tym, że muzyka może, a nawet powinna spełniać różne funkcje, nie trzeba nikogo przekonywać. Michał Rutkowski, multiinstrumentalista stojący za projektem Bałtyk, potraktował tworzenie dźwięków na swój drugi album jako formę autoterapii. Efekt to płyta do bólu szczera i bardzo emocjonalna, a przy tym świadcząca o odwadze jej autora.

W ostatnim czasie na łamach portalu Drowned in Sound natrafiłem na ciekawy artykuł dotyczący slowcore. Gatunek ten swoją największą popularność przeżywał w latach 90., choć gatunek to może niezbyt dobre określenie, bo sam autor przytaczanego przeze mnie tekstu w poszukiwaniach jego definicji doszedł do wniosku, że slowcore to bardziej stan ducha, niźli określony zestaw środków stylistycznych (mimo że jakieś wymienić można), które muszą znaleźć się w repertuarze zespołu będącego jego przedstawicielem. Współcześnie rzadziej używa się tej etykiety, ale jeśli mielibyśmy do niej powrócić, to Bałtyk z pewnością posiada wszystkie jej cechy. Minimalistyczne aranżacje, wolne tempo, duża emocjonalność, pośród której dominującą paletą jest smutek oraz to najważniejsze, czego nie można osiągnąć za pomocą samych dźwięków - wywołanie w słuchaczu wrażenia lekkiego ścisku w sercu podczas obcowania z muzyką.

 

Trudno nie poczuć się dotkniętym czy poruszonym, słuchając smutnych, ale jednocześnie oczyszczających tekstów tak młodego twórcy (Rutkowski ma zaledwie osiemnaście lat) skąpanych w oszczędnych dźwiękach bazujących głównie na brzmieniu gitary akustycznej. Rutkowski jest samodzielnym autorem całego materiału - nagrał wszystkie instrumenty oraz napisał teksty. Robił to w zaciszu chrześcijańskiej bursy, ale też w okolicach domu rodzinnego oraz jako sposób na regenerację w trakcie podjętej przez niego psychoterapii psychodynamicznej. To osamotnienie unosi się nad każdym skomponowanym przez niego dźwiękiem; wypływa też z tekstów, które bez ogródek opowiadają o problemach ze zdrowiem psychicznym i związanych z tym myślach samobójczych, a także o rozterkach miłosnych, seksualnych i stawianiu czoła wyzwaniom, które przynosi w takiej sytuacji życie.

 

Muzycznie jest to płyta mocno osadzona w folku. Sam Rutkowski jako swoje inspiracje wskazuje między innymi takich artystów, jak Phil Elverum, Leonard Cohen czy Chris Weisman. Ja dodatkowo słyszę tu sporo Nicka Drake'a, a momentami nawet Marka Kozelka, a przynajmniej w wydaniu z początku jego drogi w Sun Kil Moon. Dominuje oszczędność środków, najważniejszym elementem (oprócz starej, dobrej gitary) jest tu głos artysty. Śmiało jesteśmy w stanie uwierzyć w to, że płyta faktycznie została skomponowana (i nagrana) w przestrzeni małego pokoju. Atmosfera jest intymna, ale sama muzyka, pomimo swojej prostoty i zdawkowości, prawie wcale nie nosi znamion produkcji spod znaku lo-fi.

 

Łatwo podzielić materiał na dwie części. Pierwsza połowa albumu utrzymana jest w zdecydowanie wolniejszych tempach. Dominuje nastrój senności, a melancholia zbliża się niebezpiecznie do depresji. Autor oddaje wszystkie te emocje własnym głosem, w czym wtórują mu odgłosy przesuwanych palców po gryfie gitary, a także delikatne, klawiszowe tła, które kojarzą się z kołysanką ("Self-Help (Panic)").

 

Druga część płyty to utwory o szybszym tempie i szerszej palecie muzycznych środków. Ten Bałtyk podoba mi się bardziej. Warte wyróżnienia są szczególnie "Caribou", który dzięki weselszej partii klawiszy i wyraźniejszym rytmie można by nawet nazwać optymistycznym. Mój ulubiony w całym zestawie, bardziej piosenkowy "The Bus Home (I Hope You're Alright)" wyróżnia się z kolei użyciem żywej perkusji (która bardzo płynnie przechodzi w syntetyczny bit) oraz harmonii wokalnych, którymi sprawnie posługuje się tutaj Rutkowski. Dodam tylko, że pierwsza część albumu nieco traci poprzez wtrącane gdzieniegdzie fragmenty wyciętych monologów. Nie jestem ich fanem i nie rozumiem do końca tego środka stylistycznego, który w moim przekonaniu zazwyczaj burzy intymny nastrój i zamiast dopowiadać, to odejmuje.

 

"Self-Help, Pt. 1" na pewno nie jest płytą rozrywkową. Na szczęście nie jest też muzyką, która stanowiła autoterapię tylko dla jej autora. Materiał ten może odrzucić szczerością i bezceremonialnością w podejściu do niektórych tematów, ale gdy tylko wyzbędziemy się własnych uprzedzeń - posłuchamy go z otwartą głową i pozwolimy dotrzeć do naszych, często bardzo skrywanych emocji - to poczujemy prawdziwe katharsis. Warto podjąć taki wysiłek.


Opus Elefantum Collective/2019



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive