Nelson Can: Muzyka jest językiem, w którym mówi każdy

Z kawą w ręku, na jednej z ulicznych ławek w okolicy legendarnego Indra Bar siedzą Selina, Maria i Signe. Nelson Can to duńskie trio, które łączy subtelność i indywidualizm z mrocznym pięknem. Większość teledysków robią same, a ich marzeniem było podróżowanie na cudzy koszt, dlatego założyły zespół.

Barbara Skrodzka: Widziałam was wczoraj, było super!

Selina Gin: Klub, w którym grałyśmy był bardzo mały - może dla trzydziestu-czterdziestu osób - i był pełen, więc było bardzo gorąco. Dawno nie grałyśmy w takim miejscu.

 

Miałyście czym oddychać?

Maria Juntunen: Stałyśmy wystarczająco daleko od publiczności, by mieć trochę przestrzeni dla siebie. To osoby, które przyszły na koncert potrzebowały więcej tlenu, ale udało im się wytrwać do końca.

Na koncertach zazwyczaj jesteście ubrane na biało, dlaczego?

MJ: Wygląda lepiej na Instagramie.

 

Signe SigneSigne: W rockowych zespołach tendencja jest taka, że nosisz czarne ubrania, przez co nie odróżniasz się od ścian. Wtapiasz się w nie, bo ściany, sufity i podłoga w klubach zazwyczaj są czarne. To dość nudne, a przy okazji mamy też motywację do założenie czegoś, czego na co dzień nie nosimy.

 

Moda jest dla was ważna?

SG: Wydaje mi się, że to krok na przód do przygotowania się do wyjścia na scenę. Kilka razy próbowałyśmy występować w zwykłych ubraniach, które nosiłyśmy w dniu koncertu, ale to czasami powstrzymuje od uwolnienia kreatywności na scenie. Kiedy się przebierasz, pojawia się inne nastawienie. Uważam, że białe ubrania są dla nas swego rodzaju mundurem. Każda z nas jest inna i nie sądzę, żebyśmy kiedykolwiek chciały nosić takie same ubrania, ale czujemy pewną jedność, kiedy nosimy białe rzeczy.

 

Wasze piosenki brzmią świetnie. Ciężko jest znaleźć idealne brzmienie?

SS: Nie sądzę, żeby idealne brzmienie istniało, trudno coś takiego znaleźć. 

 

MJ: Nie idealne, ale osobiste brzmienie. Wszystkie czerpiemy silne inspiracje od innych zespołów, ale prawdziwym wyzwaniem jest zebranie tych małych kawałeczków i stworzenie z nich swojego własnego brzmienia i ekspresji.

Czytałam, że nagrałyście bas i perkusję na jedną ścieżkę, próbowałyście kiedyś nagrywać na kasety?

SS: Tak, próbowałyśmy. To jest bardzo wyjątkowy dźwięk, w pewnym sensie stłumiony, co jest bardzo fajne dla niektórych gatunków, na przykład dla psychodelicznego rocka. Próbowałyśmy tego w naszej muzyce, która znajduje się gdzieś pomiędzy rockiem a popem, ale nie sprawdziło się, więc przestałyśmy. Brzmienie gitary dobrze się wypada na kasetach, ale nie mamy gitarzystki. Ciężko jest zebrać wszystkie kolory muzyki na kasecie, jeśli gra się głównie niskie tony.

 

SG: Producent, z którym zrobiłyśmy pierwszą EP-kę zna nasze brzmienie i potrafi je wzbogacić. Ewoluujemy, pisząc nowe piosenki, a nagrywanie cyfrowe ułatwia to nam. Dzięki temu możemy zawrzeć całą dynamikę basu i wokali. Zawsze nagrywamy live tracki, gramy piosenkę razem, robimy kilka podejść i wybieramy najlepsze. To pomaga nadać utworowi więcej życia.

 

Macie własną wytwórnię i możecie cieszyć się wolnością - nikt wam nie mówi, co macie robić.

SG: Jesteśmy zespołem już od siedmiu lat. Cieszymy się tym, że mamy kontrolę, ale też świadomością tego, że czasami możemy oddać komuś tę kontrolę. Znamy siebie nawzajem i nasze brzmienie bardzo dobrze, dlatego czujemy się bezpiecznie, gdy przekazujemy część zadań producentowi.

 

SG: Na początku wydawałyśmy muzykę pod szyldem własnej wytwórni, dlatego zawsze miałyśmy kontrolę, ale lubimy współpracować z innymi ludźmi, którym ufamy. Dobrze jest mieć wokół siebie zgrany zespół. Nie chcemy robić wszystkiego cały czas same, potrzebujemy osób, które pomogą nam to ogarnąć i które wierzą w nasz projekt tak mocno, jak my. Ale to prawda - to miłe, że nie mamy nikogo, kto mówiłby nam, że ta czy inna piosenka nie jest wystarczająco dobra.

Jak opisałybyście swoją rodzimą scenę? Wydaje się, że Kopenhaga jest dość urodzajnym miejscem jeśli chodzi o muzykę.

MJ: To nie tylko Kopenhaga, ale także Aarhus - drugie największe miasto w Danii.

 

SG: Mamy wiele małych klubów, gdzie młode zespoły mogą zaczynać i grać koncerty. Mamy dobrą scenę, gdzie ludzie wspierają siebie nawzajem. Jeśli chodzi o producentów, jest może dziesięciu, którzy tworzą te wszystkie nagrania. Wydaje mi się, że w pewnym sensie widzę nas w tej samej grupie, co Iceage, bardziej mrocznych rockowych zespołów. Może nie porównałabym nas w ten sposób rok temu, ale pracujemy z producentami, z którymi oni współpracują i ma to duże znaczenie. Nawet jeżeli tego nie wiesz, to jesteś zainspirowany zespołami, które są najbliżej ciebie geograficznie.

 

SS: Jest też tendencja tworzenia brzmienia nordyckiego. Nie chciałabym powiedzieć nordic noir, ale w pewnym sensie tak jest. To dlatego, że inspirujemy siebie nawzajem. Nie gramy tak samo, ale wspieramy siebie, chodzimy na koncerty, doświadczamy wzajemnie swojej muzyki i to przejawia się w naszej pracy.

 

Widziałam Iceage na Soundrive Festival. Są dość specyficzni...

MJ: Kiedy zaczynasz w tak młodym wieku, myślisz, że jesteś wyjątkowy.

 

SG: Kiedy byli młodsi, zawsze mieli wokół siebie ludzi, którzy się nimi opiekowali i pilnowali. Nie znam ich za dobrze i nie mówię, że żyją w bańce, ale myślę, że chcą trzymać się blisko siebie i czuć się bezpiecznie we własnej skórze. My zawsze robiłyśmy wszystko same, może to czyni nas bardziej otwartymi. Teraz jesteśmy na Reeperbahn i chcemy rozmawiać z każdym, poznać jak najwięcej osób.

 

SS: Myślę, że gdziekolwiek byś nie pojechała, znajdziesz zespoły, które są mniej lub bardziej otwarte, to też zależy od osobowości. Niektórzy to lubią, inni nie. Dla nas bez więzi z publicznością granie nie miałoby sensu.

Wydałyście EP-kę w ubiegłym roku, macie w planach album?

SS: Nagrałyśmy album w 2014 roku, co przysporzyło nam dużo pracy, bo wszystko robiłyśmy same. Jeżeli zrobimy kolejny album, to podejdziemy do niego w inny sposób, ale nie czujemy presji, jeśli spodoba nam się robienie EP-ek, będziemy je robić już zawsze.

 

MJ: Stworzenie albumu zajmuje całą wieczność. Wydałyśmy go po dwóch latach, a później trzeba było jeszcze promować materiał, którym byłyśmy już zmęczone.

 

SS: Nie uważam, że forma albumu jest martwa, ale myślę, że wrócimy do sposobu, w jaki ludzie wydawali muzykę w latach 60. Piosenka po piosence. Włożyłyśmy wiele wysiłku w każdą piosenkę i chcemy mieć pewność, że ludzie wsłuchają się w nie. Kiedy wydajesz album, to niektórzy mogą ominąć naprawdę dobre kawałki. Wielu ludzi nie słucha całych albumów.

 

SG: W przypadku pierwszego albumu wszystkie utwory musiałyśmy nagrywać dwukrotnie, pierwsze ścieżki były do niczego. Musiałyśmy zrobić wszystko od początku, dlatego zajęło to nam tak dużo czasu i pochłonęło wiele energii i miłości do tych piosenek. Gramy wiele z nich na żywo, więc ponownie wlewamy w nie życie i fajnie jest je grać, ale czasem jesteśmy zmęczone niektórymi z nich, szukamy czegoś, co pozwala zagrać je w inny sposób.

 

Przed naszym spotkaniem rozmawiałam ze znajomą o klipach wideo i zdałyśmy sobie sprawę, że tak naprawdę przestałyśmy je oglądać. Myślicie, że kręcenie klipów ma jakiś sens? Może wystarczy sama muzyka?

SS: Wideo to sposób na nadanie piosence dodatkowego życia. Przy okazji ostatniej EP-ki wiele filmów zrobiliśmy moim iPhonem. Powiedziałabym, że zmieniłyśmy budżet.

 

MJ: Wideo z telefonu do "Move Forward" kręciłyśmy, kiedy byłyśmy w lesie. Ja prowadziłam samochód, Signe siedziała na bagażniku z iPhonem, a Selina śpiewała. Wygląda to pięknie. Nagrałyśmy to za jednym długim podejściem, a robiłyśmy ich pięć. Byłyśmy bardzo usatysfakcjonowane, ponieważ zrobiłyśmy wiele filmów, niektóre z nich były beznadziejne, ale ten było zajebisty! Później oddałyśmy je tylko do poprawienia kolorów i tyle.    

 

SG: Pamiętam jak biegłam i prawie upadłam, a Signe krzyczała: Biegnij szybciej! To była bardzo wyboista droga, ale Maria dobrze prowadziła samochód. Na początku nagrałyśmy artystyczne wideo do "Miracle", ale nie spodobało się nam. Pięć dni przed zaplanowaną publikacją kupiłyśmy zestaw oświetleniowy, usunęłam wszystkie meble z mojego pokoju i nagrywałyśmy ponownie telefonem. Przyczepiłyśmy go za pomocą taśmy i zaczęłyśmy nagrywać nasz taniec. "Miracle", "Move Forward" i "Stonewall Frank" były nagrywane telefonem.

 

SS: Fajnie też było zaangażować w to przyjaciół. Wideo do "Break Down Your Walls" jest zrobione profesjonalnie, ale za kamerą stali nasi przyjaciele, dobrze się bawiliśmy podczas kręcenia. Bardzo lubię ten teledysk, fajnie jest mieć coś, co jest zrobione w stylu DIY i posiada ładne kadry.

Ludzie potrzebują takich zespołów jak wy. Jest wiele grup, które są popularne, ale złożone z samych mężczyzn.

SG: Dla mnie muzyka jest istotniejsza niż płeć. Oczywiście ważne jest to, żeby mówić o potrzebie angażowania większej liczby kobiet do muzyki, ale potrzebujemy także szkół i przedszkoli, gdzie dzieci będą mogły grać razem. Wszystko powinno zaczynać się tam. Bardzo ucieszyło mnie twoje pytanie o to, jak nagrywamy naszą muzykę - to nie jest jedno z pytań, które często dostajemy. To bardzo miłe, ponieważ jesteśmy nerdami i uważam, że w tym tkwi sedno sprawy.
 

MJ: Mów za siebie.

 

SG: Te dwie, są największymi nerdami, jakich znam. Signe ma nie wiem ile efektów do basu, wszystkie te wzmacniacze, a Maria pałeczki...

 

Maria, trudno jest być perkusistką?

MJ: Tak, trudno jest być kobietą grającą na perkusji - talerze są bardzo ciężkie, a ja mam bardzo małe, kobiece ramiona. Byłam w szkole muzycznej i był tam inny perkusista – mężczyzna, zapytał: Czy masz perkusję w wersji dla kobiet? Ja na to: Co!?

 

Perkusja była pierwszym instrumentem jaki wybrałaś?

MJ: Myślę, że to osobowościowy wybór, nie jestem zbyt dobra w śpiewaniu, nie byłabym Philem Collinsem. Jestem jak John Bonham.

 

Ile miałyście lat kiedy zaczęłyście grać?

MJ: Miałam osiem lat. Moja mama miała marzenie, żeby grać na akordeonie i nigdy nie miała takiej możliwości. Kiedy ja i moja siostra byłyśmy wystarczająco duże, wysłała nas do szkoły muzycznej, ponieważ czuła, że musi to zrobić dla swoich dzieci.

 

SS: Mnie i mojemu rodzeństwu powiedziano, że musimy grać na jakimś instrumencie, ale mogliśmy wybrać taki instrument, na jakim chcieliśmy grać. Mój tata był nauczycielem w szkole przez dwadzieścia lat i wiedział, że dzieci, które uczą się muzyki w szkole łatwiej przyswajają sobie inne rzeczy i są po prostu szczęśliwsze.     

 

SG: Granie muzyki to droga do wyrażenia siebie, coś więcej niż słowo i emotikon, a im lepiej możesz siebie wyrazić, tym bardziej jesteś szczęśliwy. Muzyka jest językiem, w którym każdy potrafi mówić. Facebook i Instagram muszą być piękne, ty nie powinieneś być piękny - to nudne. Musisz mieć możliwość popełniania błędów. Robimy je cały czas, nawet mimo tego, że gramy ze sobą przez tak długi okres czasu. Bardzo fajnie jest grać w zespole złożonym z samych przyjaciółek, bo jednym z najprzyjemniejszych elementów koncertowania jest podróżowanie.

 

SS: To był jeden z celów, dla którego założyłyśmy ten zespół - podróżowanie na koszt innych. To jeden z punktów, które możemy odhaczyć na naszej liście.

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive