Deadly Class, tom 1. Przystosowanie do śmierci w rodzinie

90%

Anthony i Joe Russo, autorzy największych sukcesów kinowych przebojów studia Marvel, podjęli się produkcji serialu opartego na innym komiksie - ta wiadomość zelektryzowała wielu, nawet tych, którzy o "Deadly Class" dotąd nie słyszeli. Osiem odcinków okazało się jednak ośmioma kubłami zimnej wody, ale dajcie tej historii jeszcze jedną szansę - na papierze jest znacznie ciekawsza.

Stacji Syfy trzeba oddać, że jak na jej standardy, wyprodukowała całkiem zjadliwą historię z życia nastolatków, ale pierwowzór Ricka Remendera (autor również innych tytułów w katalogu Non Stop Comics - "Głębi" i niedawno opublikowanego "Fear Agent") to bez porównania więcej. Inny jest przede wszystkim ton, którego główny składnik stanowi zmieniający natężenie, źródło i zakres (od bardzo osobistego po ogólny) nihilizm, a także ukazanie jego rożnych obliczy w poszczególnych kadrach za pomocą nasycenia kolorami. Sceny akcji przeważnie przybierają czerwoną, żółtą i podobne barwy, z kolei te bardziej nastrojowe i tajemnicze toną w ciemnym niebieskim albo w zieleni. Prosty zabieg, a w znaczący sposób wzmacniający wrażenia.

Nasi młodzi nihiliści to punki, goci i dzieciaki mafiozów, a akcję "Deadly Class" osadzono w 1987 roku, co mogłoby wydawać się celowym zabiegiem pozwalającym na zabawianie czytelnika nostalgicznymi nawiązaniami do tego specyficznego okresu w popkulturze, co dzisiaj jest przecież w cenie. Remender nie uległ jednak pokusie i właściwie nie da się odczuć ponad trzydziestoletniej różnicy pomiędzy realiami z komiksu a współczesnością, bo przecież nawet dyskusja Marcusa i Williego o tym, czy lepszą muzykę tworzy The Smiths, czy Public Enemy mogłaby odbywać się w dzisiejszych czasach (spór oczywiście nie do rozstrzygnięcia). Niby drobiazg, a jednak wystarczy spojrzeć na liczbę przebojów wykorzystanych w serialowej ekranizacji (do ósmego odcinka na liczniku jest ich niemalże pięćdziesiąt, w tym Depeche Mode, The Cure czy "Eighties" Killing Joke), żeby uświadomić sobie, jak desperacko niektórzy twórcy próbują zwabić widzów na sentyment i wspominanie "starych dobrych czasów".

 

Relacje pomiędzy młodymi adeptami szkoły zabijania zajmują centralne miejsce. Miłość i nieszczęśliwa miłość, szkolne oprychy gnębiące słabszych, wyrzutki jednoczące się w zgraną "paczkę" - wszystko to tutaj znajdziecie, czyli niby standardową szkolną opowieść, a jednak każdy z tych elementów zostaje podany w ciekawych proporcjach i okraszony wiarygodną konstrukcją pozwalającą czytelnikowi doświadczać przemian i rozwoju poszczególnych postaci. Podstawą dla zbudowania relacji okazuje się narkotyczna wyprawa do Las Vegas zainspirowana Hunterem S. Thompsonem oraz jego "Lękiem i odrazom w Las Vegas". Nie jest to moje domniemanie - Hunter zostaje wspomniany z imienia, a nawet na jednym z kadrów zalicza gościnny występ. Ta część komiksu jest zdecydowanie najciekawsza, a młodzież przemierzająca rubieże zachodnich stanów na kwasie nie przypomina bohaterów stereotypowej amerykańskiej komedii - to desperaci, którym wszystko jedno. Poszukiwanie zemsty na ojcu jednego z nich jest celem tylko dlatego, że trudno znaleźć jakikolwiek inny sens istnienia. Trochę jak we wczesnych filmach Gregga Arakiego.

Nieco mniej wciągające są dwa początkowe zeszyty poświęcone ustalaniu realiów, a jakich rozgrywać się będą przyszłe wydarzenia. Z pierwszego dowiadujemy się o przeszłości Marcusa - śmierci rodziców z rąk chorej psychicznie kobiety i jego dalekosiężnie zaplanowanej zemście, która ma dosięgnąć samego Ronalda Reagana, osobę odpowiedzialną za cięcia finansowe w budżetach szpitali psychiatrycznych. Z jednej strony niedorzeczność i komiksowy standard (główny bohater z żyjącymi rodzicami to rzadkość), z drugiej to tylko inne ujęcie moralnej kwestii rozważanej przez wielu filozofów - jak dużą winę za wojenne zbrodnie ponosi żołnierz wysłany na front, a jak dużą wysyłający go zwierzchnik? W drugim zeszycie poznajemy z kolei mechanizmy, jakimi rządzi się Kings Dominion - z jednej strony szkoła, z drugiej raczej coś na kształt zakładu penitencjarnego, gdzie szereg "gangów" walczy o wpływy. Jedyne, do czego tak naprawdę można się doczepić to postać wyrastająca na główny czarny charakter - Chester, widmo z przeszłości Marcusa, który jest tak zły, że gwałci zwierzęta, rzuca rasistowskimi tekstami, a z wyglądu przypomina Arseface'a z "Kaznodziei" (później będzie zresztą znany jako F-face). Na tym etapie sprawia wrażenie dość sztampowego złoczyńcy, ale nie na tyle, żeby umniejszyć jakość komiksu.

Pierwszy tom "Deadly Class" doskonale wypełnia swoje zadanie - jest przynętą pokazującą nowy świat, nowe realia i nową historię w interesujący sposób i obiecuje znacznie więcej w kolejnych tomach, co jest o tyle ważne, że sam pomysł na szkołę zabójców-nastolatków nie jest wcale świeży (zwłaszcza w mandze mamy sporo odpowiedników, chociażby "Klasę skrytobójców" czy dopiero co opublikowane na polskim rynku "Danganronpa", ale nawet Image ma na koncie także znakomite "Five Weapons"). Remendera wyróżnia to, że nie koncentruje się na widowiskowych pojedynkach i nie uprawia moralizatorstwa, które sprawiłoby, że pozornie młodzieżowa opowieść tak naprawdę skierowana będzie wyłącznie do dorosłego odbiorcy. Jego bohaterowie robią wszystko to, przed czym rodzice "z dobrych domów" chcieliby uchronić swoje dzieciaki. Dzięki temu stają się wiarygodni i nawet jeżeli jesteście już po trzydziestce, ale potraficie nawiązać więź ze swoją buntowniczą przeszłością, "Deadly Class" pochłonie was bez reszty.


Deadly Class, tom 1: Reagan Youth

Polska, 2019

Non Stop Comics

Scenariusz: Rick Remender

Rysunki: Wesley Craig


Oddaj swój głos:

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive