Backtrace. Z pustego i Stallone nie naleje

8%

Nic dziwnego, że Sylvester Stallone ostatecznie postanowił raz jeszcze wskrzesić Johna Rambo - wszystko wskazuje na to, że jeżeli sam sobie nie wymyśli interesującej roli, to nikt tego za niego nie zrobi. Z czegoś jednak trzeba żyć albo przynajmniej nie zanudzić się na emeryturze i stąd biorą się filmy pokroju "Backtrace".

Od razu zaznaczę, że Sly jest bezkonkurencyjnie najlepszym elementem filmu Briana A. Millera, dla którego współpraca z odtwórcą tylu kultowych ról musiała być spełnieniem marzeń. Miller od lat stara się odtworzyć blask dawnych przebojów wypożyczalń kaset wideo. Próbował już ze Stephenem Dorffem, Davem Bautistą i dwukrotnie z zaliczającym coraz dotkliwsze upadki Brucem Willisem, ale nawet nie zbliżył się do poziomu najgorszych produkcji z udziałem Davida Bradley'a, Gary'ego Danielsa czy Billy'ego Blanksa (ktoś ich jeszcze pamięta?). Obecność Stallone'a na planie bez wątpienia była dla niego wielkim wydarzeniem, ale już dla samego aktora co najwyżej przykrym obowiązkiem koniecznym do wypełnienia, aby otrzymać przelew.

Siedemdziesięciodwuletni weteran kina akcji w każdej jednej scenie wygląda jak kosmita, który wylądował na planecie, gdzie aktorstwo dopiero co zostało odkryte i jeszcze nikt nie potrafi sobie z nim poradzić. Albo prościej - jakby trafił na plan polskiej telenoweli, a onieśmielona banda amatorów za wszelką cenę próbuje z jednej strony ukryć swoje niekompetencje, z drugiej zaimponować mu. Podobny los podzieliło wielu rówieśników i kolegów po fachu Stallone'a, którym role w wysokobudżetowych produkcjach zdarzają się dzisiaj niezwykle rzadko (ostatnio sporo szczęścia miał Dolph Lundgren - trafił mu się skromny udział w "Aquamanie" oraz "Creed II").

 

Trudno oczekiwać od nawet tak sprawnego seniora widowiskowych pojedynków i szarż przez las z potężnym karabinem w dłoniach. Jedyna słuszna droga to budowanie dramaturgii (chociażby na wzór dwóch ostatnich spotkań z Rockym) i w tym zakresie katastrofa jest najbardziej dotkliwa. Stallone'a widzimy głównie jako krążącego po biurze w te i z powrotem gliniarza przyspawanego do swojej komórki, obszerniejszą rolę dostał z kolei Matthew Modine i niech was nie zwiedzie obecność "Full Metal Jacket" oraz "Stranger Things" w jego filmografii! Jako próbujący odzyskać pamięć (za pomocą "magicznego" zastrzyku) przestępca jest mniej więcej tak samo przekonujący, jak Ben Affleck w "Daredevilu". Poza tym amnezja? Myślałem, że tę kliszę wyeksploatowano do granic możliwości pod koniec lat 90.! Całe szczęście zabrakło ruchomych piasków i złego brata bliźniaka...

Miller dwoi się i troi, żeby poruszyć widza. Wywiera presję za pomocą patetycznej muzyki, przy użyciu poważnych spojrzeń aktorów i aktorek, pompując napięcie w sceny, które być może mogłyby zawierać elementy thrillera, gdyby nie słabość do kiczu i efekciarstwa. Od razu dodam, że to nie jest ten rodzaj tandety, który sprawia, że o filmie można powiedzieć: Tak zły, że aż dobry. To po prostu bardzo, bardzo zły film.

 

Za każdym razem dam się na to złapać. Stallone, Schwarzenegger, Van Damme - nie potrafię przejść obojętnie obok tych nazwisk i dzielnie współdzielę z dawnymi bohaterami ciężkie brzemię aktorskiej jesieni. Jeżeli macie podobną słabość, moja słowa i tak nie mają większego znaczenia; jeżeli szukacie prostego filmu nadającego się na relaks po ciężkim dniu w pracy albo na imprezę z przyjaciółmi, "Backtrace" nie jest dobrym wyborem.


Backtrace

USA, 2018

Diamond Films

Reżyseria: Brian A. Miller

Obsada: Sylvester Stallone, Matthew Modine


Oddaj swój głos:

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive