Tamaryn

Dragon Ball Super: Broly

87%

Kolejny film osadzony w świecie Akiry Toriyamy bije rekordy popularności - już jest najbardziej dochodowym tytułem w historii "Dragon Ball" i powoli zbliża się do pierwszej dziesiątki najlepiej zarabiających anime w historii, a w Polsce... Nic nie wskazuje na to, żeby znalazł się dystrybutor.

Sytuacja jest co najmniej niedorzeczna, bo przecież "Dragon Ball" to seria kultowa na skalę globalną, czego dowodem może być chociażby pokaźna liczba współczesnych raperów nawiązujących w swoich wersach do Goku i spółki. W Polsce jest nie inaczej, a "Dragon Ball Super" można zarówno oglądać na kanale Polsat Games, jak i czytać dzięki J.P. Fantastica. Niewpuszczenie na nasz rynek obrazu, który już teraz zgarnął sto milionów dolarów na całym globie to duże niedopatrzenie, ale czy możemy czuć się stratni przez nieobecność "Dragon Ball Super: Broly" w polskich kinach?

Dla wielu odpowiedź na to pytanie zawarta jest już w tytule filmu, bo Broly to jeden z ulubieńców fanów, a w połowie lat 90. mogliśmy oglądać go aż trzykrotnie ("Legendarny Super Saiyan", "Brolly - Drugie Starcie" i "Bio-Broly"). Do tej pory ten absurdalnie silny Saiyanin pozostawał jednak poza kanonem, jego istnienie ograniczało się tylko do tych filmów i nie miało wpływu na późniejsze wydarzenia. W nowym wydaniu historia zostaje nieco odmieniona - akcja rozgrywa się po ostatnim (jak dotąd) sezonie "Super", czyli po wielkim turnieju sztuk walki pomiędzy wszechświatami, który doprowadził do wskrzeszenia Friezara. Ten - rzecz jasna - za cel obrał sobie zemstę, a Broly'ego przygarnął jako sługę w odbudowanej armii. Dostajemy przy tym sporą dawkę retrospekcji - cofamy się czterdzieści jeden lat wstecz, do jeszcze istniejącej planety Vegeta, gdzie młodzi Vegeta i Raditz stawiają pierwsze kroki pod czujnym okiem jeszcze niełysego Nappy. Nostalgiczna nuta zostaje więc wyraźnie pobudzona, ale kto miałby o to pretensje? W końcu "Dragon Ball" ma równie dużo trzydziestoletnich fanów, co nastoletnich. Na szczęście jednak dwudziesty pierwszy pełnometrażowy "Dragon Ball" to znacznie więcej niż tylko granie sentymentem.

Przede wszystkim Broly w końcu został przedstawiony w interesujący sposób. Przy postaciach obdarzonych ogromnymi mocami (na przykład przy Supermanie) zawsze pojawia się problem zarysowania interesującej fabuły, bo to słabości bohatera zazwyczaj decydują o jego wiarygodności (za wyjątek można uznać One Punch Mana). Broly nie miał swojej Lois Lane, a jego potencjał został szybko wyczerpany - drugi i zwłaszcza trzeci film z jego udziałem są wyraźnie słabsze. Przypominają sequele doskonałego slashera, których twórcy stopniowo popadają w coraz to większy obłęd. W tej metaforze "Dragon Ball Super: Broly" należałoby z kolei przyrównać do ubiegłorocznej wersji "Halloween", gdzie Michael Myers znowu stał się imponującym monstrum. Broly też ponownie nim jest, ale już nie jako marionetka, a jako człowiek po przejściach, umęczony, zaszczuty, zdradzony. W pierwszej połowie rozgrywa się tutaj wręcz psychologiczny dramat i takiego "Dragona Balla" jeszcze nie znaliście.

Podobnie jak w "Dragon Ball Super" można by uznać Goku za czarny charakter, który doprowadził do zorganizowania turnieju zagrażającego życiu kilku wszechświatów, tak i tutaj poza oczywistym łotrem (Friezą), nałogowe pragnienie walki z coraz to silniejszymi przeciwnikami sprawia, że Goku i Vegeta malują się jako postacie negatywne, prowokujące Broly'ego do uwolnienia skrywanego od lat gniewu. Same walki są natomiast szczytowym osiągnięciem dla wszystkiego, co ukazało się dotąd pod szyldem "Dragon Ball". Ta nowa odsłona potrzebowała trochę czasu na rozpęd, pierwsze odcinki "Super" nie wyglądały... ekhm... super, ale tym razem starcia zapierają dech w piersiach, a już pojedynek Gogety z Brolym to spełnienie marzeń każdego fana.

Słabych punktów jest niewiele. Kilka ujęć z użyciem CGI pozostawia drobny niesmak, można też narzekać na bardzo ograniczoną obsadę (na chwilę pojawiają się jeszcze Piccolo i gang Pilafa), ale z drugiej strony kto widział "Avengers: Czas Ultrona" albo "Ligę Sprawiedliwości", ten wie, że nadmiar postaci i ograniczony czas filmu nie idą ze sobą w parze. A jeżeli szukać dziury w całym z iście fanowską zaciekłością, to trochę zaskakujący wydaje się brak jakiegokolwiek porównania Broly'ego do Kale z szóstego wszechświata, która w serialowym "Dragon Ball Super" wyglądała jak alternatywna, żeńska wersja "legendarnego Super Saiyanina". Jakim cudem Goku i Vegeta tego nie zauważyli? Ale to kwestia zdecydowanie trzeciorzędna.

 

W komiksie "Dragon Ball Super" przekroczył już historię z ostatniego sezonu serialu, a jeżeli dołożymy do tego znakomity wynik finansowy "Broly'ego", to nie ma wątpliwości, że Toriyama ostatniego słowa jeszcze nie powiedział i jeżeli uda się utrzymać zbliżony poziom, możemy się z tego powodu wyłącznie cieszyć. Oby tylko polscy dystrybutorzy następnym razem zachowali się przytomniej i wprowadzili "Dragona Balla" do naszych kin.


Dragon Ball Super: Broly

Tytuł oryginalny: Doragon bôru chô: Burorî

Japonia, 2018

Sony Pictures Animation

Reżyseria: Tatsuya Nagamine

Obsada: Masako Nozawa, Ryô Horikawa, Bin Shimada


Oddaj swój głos:


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive