VHS: Cobra. Stallone jak black metal

89%

Człowieka można poznać po tym, którą rolę Sylvestra Stallone'a szanuje najbardziej. Większość wskaże na Rocky'ego Balboę i Johna Rambo, młodsi widzowie być może na Barney'a Rossa z "Niezniszczalnych", a pojedyncze osoby przypomną herosów science-fiction z lat 90. - "Człowieka-demolkę", może nawet koszmarnego "Sędziego Dredda"... Jest też wąskie grono, dla których wzorem pozostaje porucznik Marion "Cobra" Cobretti.

Gdyby przyrównać filmografię Stallone'a do muzyki metalowej, "Cobra" byłby black metalem, którego docenić potrafią wyłącznie nieliczni zwolennicy surowych, brutalnych produkcji, imponujących nie techniczną wirtuozerią, ale bezpardonowością. [...] Jest tak zły, że można go nawet polubić. Na pewno sprawi, że przynajmniej się uśmiechniecie - to nie jest cytat z archiwalnej recenzji filmu, to o dwa lata starszy cytat z magazynu Metal Forces, a dotyczy jednego z utworów umieszczonych na "Death Fiend", pierwszej demówce szwajcarskiego Hellhammer, choć i tutaj pasuje idealnie. Zresztą niemal całkowicie negatywne recenzje tuż po premierze i status pozycji kultowych po latach to kolejny element łączący te dwa przedsięwzięcia. Moja ulubiona opinia dotycząca "Cobry" pochodzi z kolei z Washington Post: Gdyby ten koleś [Stallone] potknął się o egzemplarz "Obywatela Kane'a", nie tylko nie wiedziałby, co to jest, ale w dodatku przyłożyłby nim komuś w głowę. To wielka sztuka pisać o czymś źle, a zarazem zachęcać do sięgnięcia po to i także tutaj analogia do wczesnych black metalowych nagrań pasowałaby jak ulał, wystarczy zamienić "Obywatela Kane'a" na któryś z albumów Pink Floyd albo Dave'a Brubecka.

Sprawiedliwie trzeba natomiast krytykom działającym w połowie lat 80. oddać, że nie zawinili ignorancją, a scenariusz Stallone'a i jego realizacja w wykonaniu George'a P. Cosmatosa (ojca Panosa Cosmatosa - reżysera "Mandy") nie wyprzedziły swoich czasów. Nie zawierają żadnych treści czy filmowych technik, które można by uznać za na tyle nietypowe, że dla ówczesnych widzów mogłyby uchodzić za niezrozumiałe. Wręcz przeciwnie, "Cobra" to dokładne odzwierciedlenie wszystkich obowiązujących wówczas klisz. Są wybuchy, pościgi, płomienny romans i przede wszystkim jest twardziel uformowany z czystego testosteronu, którego w ryzach utrzymują wyłącznie obcisłe dżinsy, wetknięta w nie czarna koszula i skórzane rękawiczki. Nie wykluczone, że istotną rolę odgrywają także okulary przeciwsłoneczne i zawsze, ale to zawsze wetknięta w usta zapałka.

Najlepiej można poznać Cobrettiego, kiedy po ciężkim dniu w pracy wraca do domu. Ktoś zajął jego miejsce na parkingu, więc po prostu przesuwa samochód intruzów o kilka metrów dalej, a przy okazji od niechcenia rozrywa jednemu z nich koszulkę na torsie. Po drodze do mieszkania wyrzuca jeszcze gazetę, ale nie do śmietnika, tylko pod pokrywę grilla, a na miejscu wyciąga z lodówki pizzę, odcina kawałek nożyczkami i przystępuje do serwisowania ukochanego pistoletu. Kiedy myślisz o twardzielu z filmów akcji z lat 80., widzisz właśnie kogoś takiego i w tym tkwi tajemnica sukcesu "Cobry" - jest wyciągiem z tego specyficznego nastroju; subtelnym kiczem doprowadzonym do perfekcji; tytułem, obok którego nie trzeba już wymieniać żadnych innych, żeby w pełni ująć charakterystykę filmu sensacyjnego sprzed trzydziestu lat.

Czy to oznacza, że za trzy dekady z podobną nostalgią będziemy spoglądać na "The Titan", "Bright", "Anon" i inne koszmarki science-fiction spod szyldu Netflixa? Prawdopodobnie tak, bo przecież sentyment nie jest właściwością charakterystyczną tylko dla jednego pokolenia, ale to wcale nie oznacza, że dzisiaj musimy być dla tych filmów bardziej wyrozumiali, bo właśnie na tym polega urok obrazu pozostającego na przestrzeni lat dokładnie tym samym dziełem, że to my, jego widzowie, zmieniamy się i jestem przekonany, że ani jednoznacznie negatywne recenzje z 1986 roku, ani zachwyt z roku 2018 nie są w przypadku "Cobry" niesprawiedliwe. Po latach okazało się oczywiście, że kiepska produkcja to nowy standard [...]. Z dzisiejszej perspektywy taka produkcja wypada bardzo modnie, ale gdy spojrzeć na to w kontekście wczesnych lat 80. […], wypada bardzo anachronicznie - i znowu nie jest to cytat związany z filmem Stallone'a, lecz cytat z Toma G. Warriora, lidera Hellhammer. Kontekst różny, ale mechanizmy branży muzycznej i filmowej zdają się być niemalże identyczne, a tym samym to właśnie teraz "Cobra" może przemawiać do znacznie szerszego grona widzów.


Cobra

USA, 1986

Warner Bros./Cannon Group

Reżyseria: George P. Cosmatos

Obsada: Sylvester Stallone, Brigitte Nielsen, Brian Thompson


Oddaj swój głos:

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive