Soundrive Live

La Luz: Lata 60. i 70. były najwspanialsze

 

Słuchając lekkich, przesiąkniętych kalifornijskim słońcem utworów La Luz, trudno nie odnieść wrażenia, że ich nazwa oznacza nie tylko "światło" w języku hiszpańskim, ale także nasz rodzimy "luz". Czy ten zakątek Ameryki faktycznie jest aż tak wspaniały? Czy kiedyś było lepiej? Co oznaczają sny o wypadających zębach? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie w wywiadzie z wokalistką i gitarzystką, Shaną Cleveland.

Jarosław Kowal: Wygląda na to, że naprawdę nie mogłyście się doczekać przeprowadzki do Kalifornii. Jako osoba, która nigdy nie była w Stanach Zjednoczonych widzę to miejsce przez pryzmat dwóch stereotypów - z jednej strony słońce i plaże, z drugiej gangsta rap i przestępczość. Mam jednak świadomość, że stereotypy nie zawsze są prawdziwe, czy więc "twoja" Kalifornia jest tym, co sobie wymarzyłaś?

Shana Cleveland: Jest wszystkim tym, czym miałam nadzieję, że będzie, a nawet czymś więcej, niż mogłam sobie wymarzyć. Los Angeles to z jednej strony błyszczący szczerym blaskiem raj, z drugiej zadławiona smogiem dziura, a sposób, w jaki te dwie rzeczywistości współistnieją w tym samym czasie sprawia, że powstaje bardzo szczególne miejsce dla kogoś, kto zajmuje się twórczością artystyczną. Powiedziałabym, że każdy z tych stereotypów jest prawdziwy i w dodatku nie wykluczają siebie nawzajem. Jeżeli kiedykolwiek przyjedziesz tutaj, daj sobie kilka tygodni. Łatwo jest odnieść błędne wrażenie. Trzeba naprawdę dobrze przyjrzeć się tym realiom, żeby w ogóle zdać sobie sprawę, na co się patrzy.

 

Podejrzewam, że scena muzyczna w Los Angeles jest znacznie większa niż ta w waszym rodzimym Seattle, która - znowu stereotyp - często kojarzona jest z jednym gatunkiem... Duch grunge'u wciąż jest tam żywy?

[śmiech] Tak, myślę, że w pewnym sensie wciąż jest żywy. Jest tam świetna scena DIY i mnóstwo domowych koncertów, a także wielu świrów działających w podziemiu. Z drugiej strony Seattle zostało opanowane przez przemysł technologiczny - Amazona, Microsoft i tak dalej... A wraz z nimi nadeszły zawyżone koszta wynajmu mieszkań, drogie jedzenie, nijakie blokowiska z mieszkaniami własnościowymi oraz masowa tendencja do wynoszenia wydajność pond sztukę. Sub Pop i wiele innych indie wydawnictw wciąż tam działa, więc nie mogę powiedzieć, że nie jest to dobre miejsce, żeby zacząć karierę zespołu, ale tylko pod warunkiem, że jesteś w stanie pozwolić sobie na życie w tak drogim mieście.

To może teraz odwróćmy sytuację i powiedz mi, jakie znasz stereotypy na temat Polski i Polaków. Nie pogniewam się nawet za najgorsze.

O rany, chciałabym jakieś znać! Nie mogę się doczekać, żeby tam przylecieć i zacząć tworzyć własne stereotypy [śmiech].

 

Przejdźmy w takim razie do wartości uniwersalnych - opery mydlane. Wasz teledysk do "Cicada" to krótka, muzyczna telenowela, ale więcej w tym zabawy niż nabijania się. Zdarza ci się włączyć "Brzydulę Betty", kiedy nikt nie patrzy?

Nie oglądałam oper mydlanych od czasów dzieciństwa, czyli od czasów, kiedy mogłam patrzeć na nie bez poczucia dziwności, jakie towarzyszy mi wspomnieniom na ich temat. Niemniej te specyficzne motywy muzyczne są wypalone w mojej podświadomości. Tak dużo się w nich dzieje w tak krótkim czasie!

 

W drugim teledysku - do "The Creature" - zakochałem się natychmiast. Jako pasjonat i kolekcjoner kaset VHS od razu dałem się wciągnąć w tę konwencję. Inspirował was jakiś konkretny horror klasy B?

Marian [Li Pino, perkusistka - przyp. red.] zasugerowała formę oprawy wizualnej, a sam pomysł zaczął się od mojego snu, który opisałam w tekście tego utworu. Dodałyśmy do tego wątek "łańcuszka", żeby stworzyć nieco bardziej komiczną atmosferę. Wydaje mi się, że Vice Cooler - reżyser, z którym pracowałyśmy nad "The Creature" - częściowo inspirował się klipem do "Thriller" Michaela Jacksona.

Nastrój obydwu teledysków jest zaczerpnięty z przeszłości, niedawno słyszałem też, jak zachwycałaś się Witch - zamrockowym zespołem z lat 70. Myślisz, że muzyka i filmy z dawnych czasów były ciekawsze od tego, co dzieje się teraz?

Czasami tak. Z całą pewnością jako fanka rock'n'rolla nie mogę zaprzeczyć, że lata 60. i 70. były najwspanialsze. Produkcja albumów była na ogół znacznie ciekawsza, wiele zespołów z tamtych czasów miało znacznie rzadziej spotykane i dziwniejsze brzmienie. Z drugiej strony nie było wtedy ani Kendricka, ani Solange, więc mamy też coś, czego w ubiegłym stuleci nie było.

 

Wasza muzyka prawdopodobnie idealnie wpisałaby się w krajobraz Kalifornii z lat 60. Gdybyście cofnęły się w czasie, pewnie nikt by nawet nie zauważył, że pochodzicie z XXI wieku. To byłoby spełnienie marzeń czy jednak lepiej jest być artystą w 2018 roku?

No cóż... jako amerykańska kobieta o innym kolorze skóry niż biały zdecydowanie nie chciałaby cofnąć się w czasie [śmiech]. Z wielu niezwiązanych z muzyką powodów cieszę się, że mogę działać tutaj i teraz.

 

Z tego, co wyczytałem wynika, że "Floating Features" było inspirowane snami. W Polsce mamy dwa słowa odpowiadające angielskiemu "dream" - jedno oznacza zapadanie w sen, inne marzenie. Które miałyście na myśli?

Obydwa!

W takim razie skierujmy się tropem sennych fantazji. W "Loosen Teeth" śpiewasz o... wypadających zębach i dopiero zdałem sobie sprawę z tego, jak wiele osób miewa ten sam sen. Sprawdziłem sennik i jest kilka opcji - utrata zdrowego zęba z widoczną krwią może symbolizować strach przed chorobą; utrata zdrowego zęba bez widocznej krwi może być odniesieniem do utraty czegoś ważnego; z kolei utrata chorego zęba może oznaczać rozwiązanie jakiegoś przewlekłego problemu... O której z tych sytuacji śniłaś?

To ciekawe. Na pewno nie było tam żadnej krwi, ale nie jestem pewna, czy były to zdrowe zęby, czy nie. Może chodzi o coś zupełnie innego. Spędzanie tak dużej ilości czasu na trasie, jak w naszym przypadku wiąże się z nieustannym gubieniem przeróżnych rzeczy. Może te wypadające zęby mają z tym jakiś związek.

 

O ile się nie mylę, występ na Soundrive Festival będzie pierwszym koncertem La Luz w Polsce. Mamy już całkiem spory odzew od waszych fanów, ale muszę ostrzec, że tutejsza publiczność bardzo lubi tańczyć.

To doskonała wiadomość! Nie możemy się tego doczekać i mam nadzieję, że zrobicie dla nas "soul train" [określenie zapożyczone od tytułu amerykańskiego programu telewizyjnego z lat 70., w którym tancerze dawali solowe popisy otoczeni klaszczącą publicznością - przy. red.].

 

La Luz wystąpi na festiwalu Soundrive 1 września. Innymi potwierdzonymi dotąd artystami są między innymi Floating Points, Scarlxrd, Iceage, Boy Pablo, Princess Chelsea czy Death in Rome. Więcej informacji oraz sprzedaż biletów TUTAJ.


NAJNOWSZE WYWIADY

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2018 Soundrive