Soundrive Live

Ghostemane: Nieślubny syn hip-hopu i black metalu

 

"To nie jest hip-hop" - powiedzą łysawi kolesie w bojówkach moro i niech im będzie. Dla Ghostemane to nawet lepiej, bo na koncertach niewielu innych artystów zobaczycie obok siebie fanów odzianych z jednej strony w koszulki Lil Peepa i Bones; z drugiej S.O.D., Black Sabbath czy Opeth.

Ci sami łysawi kolesie w bojówkach moro stanęliby zapewne na szczycie schodów praskiej Drukarni, z których doskonale widać niższe piętro oraz zlokalizowaną na jego końcu scenę. Z pogardą mierzyliby publiczność, na której kebabowo-piwna dieta nie odcisnęła jeszcze piętna, a niektórzy może nawet mieliby dzieci w ich wieku i mamrotaliby pod nosem szydercze banały o tej "dzisiejszej młodzieży". Zupełnie jakby jakaś kosmiczna moc wymazała im pamięć o tym, jak to sami zmagali się ze starymi, którym nie pasowało ani N.W.A., ani tym bardziej rapujący w języku polskim Kaliber 44. Ci łysawi kolesie nie wiedzą jednak, że już przegrali, a walka toczy się wciąż tylko w ich fantazjach o "starych, dobrych czasach". Nie jest mi ich żal, mimo że tamtego wieczoru prawdopodobnie to ja byłem najstarszą osobą na sali (nie licząc ojców przyciągniętych na siłę jako opiekunów osób, które nie ukończyły szesnastego roku życia).

Ghostemane nie jest gwiazdą znaną z portali informacyjnych, a nawet tych wyspecjalizowanych w hip-hopie. To nisza i chyba nikt nie spodziewał się, że natrafi w Polsce na tak potężne zainteresowanie. Nie spodziewali się organizatorzy, bo pierwotnie wybrali nieco mniejszą Hydrozagadkę, ale wyprzedali bilety w pięć dni (druga pula, czyli łącznie osiemset biletów, wyprzedała się w miesiąc). Nie spodziewał się sam Ghoste, bo nie szczędził słów uznania dla fanów i co rusz podkreślał, że to najlepszy koncert na tej trasie. Wierzę, że nie mówi tego każdemu.

 

Przez ten niespodziewany sukces przebija się nawet większy - coraz więcej osób poszukuje, odkrywa nową muzykę, nie żali się na te okropne stacje radiowe lansujące gówniany pop, tylko bierze sprawy w swoje ręce i dociera do brzmień, z jakimi mogą się identyfikować. O przypadku nie ma mowy, publiczność wiedziała, po co przyszła, o czym świadczy liczba gardeł wykrzykujących fragmenty tekstów "Venom" czy "Mercury: Retrogarde", a nawet jeszcze bardziej liczba ścian śmierci i circle pitów wykonywanych co dwa utwory, o ile nie częściej. Tak, dobrze czytacie - wy, którzy nie znacie Ghostemane, ale dobrnęliście aż do tego akapitu - ściana śmierci nie jest już wyłączną własnością metalowców i wiąże się z tym jeszcze jedna przewaga dzisiejszego słuchacza - otwartość.

Jako nastolatek nie raz wysłuchiwałem zaciekłych kłótni starszych kolegów, którzy próbowali przekonać siebie nawzajem do wyższości death metalu, heavy metalu czy dowolnego innego metalu (poza nu metalem - Kornem gardzili wszyscy). Nie potrafiłem się wtedy określić, lubiłem słuchać i Slayera, i Mayhem, i nawet Korna, a dzisiaj podziały zbudowane na tak drobnych różnicach wydają mi się jeszcze bardziej żałosne. Słuchacze Ghostemane są wolni od ciasnych horyzontów. W Drukarni zebrało się tyle samo fanów hip-hopu, co metalu i nie ma w tym nic dziwnego, bo chociaż Ghoste rapuje i sięga po trapowe bity, to black metal - zarówno jako muzyka, jak i specyficzna estetyka - jest mu bardzo bliski. Wystarczy rzut oka na okładki albo tytuły takich utworów, jak "Venom" czy "Euronymous", wystarczy posłuchać wściekłego, opartego na brzmieniu samplowanej gitary "S.C.U.M" i jasnym się staje, że to nie jest już łączenie gatunków, a tworzenie zupełnie nowej jakości.

Łysawi kolesie w bojówkach moro mogą denerwować się i tupać, że taka muzyka nie jest wystarczająco "prawdziwa", ale wbrew swojemu wyobrażeniu nie są strażnikami "truskulu". Przypominają bardziej tych wąsatych kolesi z pamiętnej edycji Newport Folk Festival, których tak zbulwersowało użycie elektrycznej gitary przez Boba Dylana, że podjęli próbę odcięcia prądu na scenie.

 

Niektórym uczestnikom z pierwszych rzędów zabrakło fantazji (albo przybyło egoizmu) - postanowili wkroczyć na nieodgrodzoną barierkami scenę, nie bacząc na to, że kilkaset osób zostanie skazanych na widok ich pleców. Ochrona nie bardzo wiedziała jak zareagować, jakby sama po raz pierwszy uczestniczyła w koncercie, ale z pomocą przyszedł roadie - jak podejrzewam - Ghoste'a i skutecznie zepchnął większość nachalnych fanów (aczkolwiek zdarzali się tacy, którzy tylko czyhali na okazję, żeby znowu się wepchnąć i chwile poskakać obok wyraźnie podirytowanego idola). To wszystko jest jednak niską ceną za widok żywiołu tak silnego, że nawet osoby stojące na samym końcu sali - zwyczajowo bezpiecznym miejscu przeznaczonym na obserwowanie w bezruchu - nie mogły powstrzymać szaleństwa wtłaczanego w nie poprzez potężne uderzenia basu i niezwykły głos przypominający wrzaski wychowanego przez wilki dzikusa rozjuszonego odprawianymi nad jego duszą egzorcyzmami.

Subkultury to więzienie i indoktrynacja na poziomie zbliżonym do opresyjnego system edukacyjnego. Nie żal mi agonii jednolitych środowisk niechętnie nastawionych do wszystkiego, co inne. Wielu z ich przedstawicieli będzie obnosić się poczuciem elitarności i wyższości, ale tak naprawdę nie mają żadnego argumentu poza wiekiem i biadoleniem, że "kiedyś to było...". W moim odczuciu to, że publiczność, która spotkała się na Ghostemane przy następnej okazji wybierze zupełnie inne wydarzenia - jedni pójdą na Scarlxrda, inni na Perturbator, a jeszcze inni na Marduk - oznacza ostateczne uwolnienie gustów spod cenzury hip-hopu, metalu, punk rocka i wszystkiego, co przyjdzie wam do głowy. "Ta dzisiejsza młodzież" nic nie rozumie? Wręcz przeciwnie, rozumie i rozdeptuje z premedytacją.


Zdjęć nie ma, bo komórek na koncercie był cały las. Są natomiast grafiki wykonane węglem przez Edytę Krzyżanowską.


NAJNOWSZE RELACJE

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram Twitter

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2018 Soundrive