Soundrive Live

J. Bernardt: Z tęsknoty za DIY

 

Jinte Deprez, występujący jako J. Bernardt, na scenie emanuje taką energią, że ciężko oprzeć się wrażeniu, że ma ochotę wszystkich przybyłych gdzieś zaciągnąć. Sam mówi o tym miejscu "mój świat", chociaż precyzyjniejsze byłoby "moje mieszkanie". W końcu to tam powstawały utwory na jego solową płytę, a sama przestrzeń znacząco odcisnęła się na ostatecznym kształcie albumu "Running Days".

Karolina Wanat: Oglądając twoje koncerty trudno jednoznacznie stwierdzić, kto flirtuje tutaj z kim. Ty z publicznością, czy publiczność z tobą.

Jinte Deprez: Wydaje mi się, że winna jest muzyka. W pewnym sensie jest to po prostu pop, ale ze względu na tempo ma bardzo uwodzicielski charakter. Reakcje publiczności podsycają energię, która rzeczywiście wytwarza się podczas moich koncertów. Ale to nie jest wyłącznie moje działanie. Uczestnicy koncertu odgrywają tu bardzo ważną rolę.

 

Lubisz prowokować?

Zdarza mi się podczas występu wejść na stół i zatańczyć przed grupką wybranych osób. Robię to sporadycznie, a podczas festiwali będzie to trudna sztuczka do zrealizowania. Uwielbiam schodzić ze sceny w tłum i niszczyć barierę pomiędzy sceną a publicznością.

Co musiałoby się wydarzyć, żebyś w tłumie poczuł się niekomfortowo?

Nie wiem. Mogę zestresować się robiąc zakupy w sklepie spożywczym, a czuć się całkowicie spokojnie śpiewając przed tysiącem osób. Podczas występów staram się wykreować alternatywną rzeczywistość, moją rzeczywistość. Tłum to goście, którzy przyszli odwiedzić ten mój świat. Zapraszam ich do siebie. Nie mam wtedy jakoś jasno wyznaczonej strefy komfortu.

 

Od zawsze tak miałeś?

Na pewno nie. Kiedy zaczęliśmy koncertować z Balthazarem, byliśmy bardzo nieśmiałym zespołem. Zamiast patrzeć publiczności w oczy, patrzyliśmy na nasze stopy. Zmieniało się to dość wolno. Z czasem dotarło do mnie, że grając muzykę, możemy się też do niej bawić. Od zawsze lubiłem testować siebie i przesuwać własne granice.

 

Praca nad solowym albumem to było również kolejne wyzwanie?

Piszę praktycznie każdego dnia, chociaż wokół mnie nie dzieje się nic niezwykłego. Inspiruje mnie zwyczajność. Nie potrzebuję dramatów, żeby mieć o czym tworzyć. Biorę na warsztat codzienność i ją wyolbrzymiam. Sprawiam, że staje się bardziej romantyczna lub przerażająca. Chciałem, żeby mój solowy album był bardzo intymny. Nie wyobrażałem sobie pracy nad nim w wielkim studiu z armią producentów. Tęskniłem za podejściem DIY. Całość powstała w moim mieszkaniu. To czasem wręcz dosłowna rejestracja wszystkiego, co działo się pod moim dachem. Pierwsze takty "Wicked Street" to melodia, którą moja dziewczyna zanuciła wychodząc spod prysznica.

Na tym albumie jest więcej takich intymnych momentów?

Tak, chociaż nie wszystkie da się usłyszeć. "My Own Game" pisałem w nocy, kiedy moja dziewczyna spała. Nie chciałem jej zbudzić, a w rezultacie powstał bardzo delikatna piosenka. Wiele muzycznych momentów na tym albumie to wypadkowa konkretnych okoliczności. Intymne wspomnienia związane z pracą nad tą płytą sprawiają, że jest to dla mnie przyjemne nagranie. Podczas koncertów z zaskoczeniem odkryłem, że inni słuchając mojej muzyki podobnie ją odbierają. Może to jest właśnie uniwersalność i szczerość w sztuce?

 

Jinte Deprez to jeden z wokalistów grupy Balthazar. Jako J. Bernardt wydał w 2017 roku solowy album "Running Days". Po ubiegłorocznych koncertach w Warszawie i Poznaniu muzyk wraca do Polski. 10 kwietnia wystąpi w klubie Alchemia w Krakowie.


NAJNOWSZE WYWIADY

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram Twitter

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2018 Soundrive