SpaceFest! 2017: Opis wydarzeń w kosmosie

 

Pierwszy raz SpaceFest! dotarł do B90. Na nowej orbicie wiele mogło się podobać, ale zdarzały się też strefy kosmicznej próżni.

To była siódma edycja gdańskiego festiwalu space-rocka, psychodelii, shoegaze'u, Krautrocka i gatunków pokrewnych. Od początku nie zmienia się organizator, Nasiono Records, niezmiennie na festiwal przychodzi kilkuset fanów, od lat ważną częścią festiwalu jest Pure Phase, czyli warsztaty dla młodych muzyków prowadzone przez znanego muzyka lub/i producenta. Co roku jednym z najważniejszych punktów programu jest podsumowujący warsztaty koncert Pure Phase Ensemble, który jest nagrywany i wydawany rok po roku przez Nasiono. W ten sposób powstał cykl płyt nagrywanych przez niepowtarzalne składy prowadzone przez wybitną postać muzycznej alternatywy. Wśród szefów Pure Phase znaleźli się między innymi Lætitia Sadier, Mark Gardener z Ride (dwukrotnie), Hugo Race, Anton Newcombe, a w tym roku Maciej Cieślak. Ale o tym później, Pure Phase zagrało w sobotę, najpierw był piątek, dla mnie najbardziej wyrównany pod względem poziomu dzień, jaki kiedykolwiek przytrafił się na SpaceFest!.

 

Piątek zaczął się od Wilczych Jagód. Nela Gzowska (niegdyś basistka Kobiet), Ania Włodarczyk i Zosia Hołubowska prywatnie są zaprzyjaźnione i to się czuło podczas występu. Inspirowane estetyką lat 80. kompozycje robiły wrażenie powstałych podczas sesji z winem zakupionym w pobliskim supermarkecie. Nie była to muzyka powstała z myślą o zapisaniu się pamięci pokoleń, miało być lekko i zabawnie, i tak było. Jeśli piosenki Wilczych Jagód miałyby się kiedyś ukazać, powinny być koniecznie wydane na kasecie magnetofonowej.

Drugi tego dnia był młody brytyjski zespół Dead Rabbits i był to występ z rodzaju tych, które działają z opóźnionym zapłonem. Podczas koncertu najbardziej narzucało mi się wrażenie, że Brytyjczycy sprawnie naśladują brzmienia fali psychodelii z lat 90., nie mają natomiast jeszcze indywidualnego skrętu. Później jednak na pierwszy plan wyszło to, że dysponują sporymi umiejętnościami, a są przecież bardzo jeszcze młodzi. Po dodaniu jednego do drugiego myślę, że mogliśmy mieć do czynienia z bardzo dobrym zespołem na początku drogi. Nie zdziwię się, jeśli już niebawem zrobią bardzo szybkie postępy - warto ich obserwować.

 

I bum! W samym środku wieczoru wystąpił dwuosobowy czarny koń ze Szwajcarii. Duet Blind Butcher był ogarnięty w każdym calu. Wokalista i gitarzysta - dryblas z twarzą i fryzurą Kurta Cobaina ubrany w lateksowy jednoczęściowy kostium w stylu Ariela Pinka - i bębniarz - brodaty drwal w dżinsowym bezrękawniku ozdobionym ogromnymi epoletami - plus trochę elektroniki, to wystarczyło, by na godzinę zaczarować publiczność kosmicznym rock'n'rollem. Szwajcarzy uniknęli wszystkich możliwych mielizn i z wrodzoną zegarmistrzowską precyzją wykonałli wcale nie łatwy technicznie repertuar i rozbujali całą salę. Do tego mieli najciekawszy merch ze wszystkich - hitem były ściereczki kuchenne z sitodrukiem przedstawiającym obu dżentelmenów i hasłem, które pozwolę sobie przetłumaczyć jako "kolacja może być, ale nie zmywamy!". To było coś!


NAJNOWSZE RELACJE

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram Twitter

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2017 Soundrive