Ulver: Soft Power

 

Niedziela dniem świętym. Zwłaszcza, gdy w Gdańsku grają Ulver. Ich występ w B90 w ramach The Assasination of Julius Caesar Tour pozostawił mnie w niemym zachwycie.

A nie musiało tak być. Poprzedni ich koncert w B90 kilka lat temu bardzo mocno mnie rozczarował. Ale to był inny rok, nieco inny skład i zupełnie inny repertuar. Właśnie na repertuar poszedłem - "The Assasination of Julius Caesar" wydana na początku tego roku to dla mnie najlepszy album Ulver od lat, więc nietrudno zrozumieć, że chciałem go usłyszeć na żywo. Oczekiwania zostały spełnione z dużą nawiązką.

 

Ale najpierw był support. Solo wystąpił gitarzysta Stian Westerhus, który wspomagał zespół przy nagraniu "The Assasination of Julius Caesar" i gra z Ulver na obecnej trasie. Znałem jeden album z zespołem Stian Westerhus & Pale Horses i byłem mgliście zorientowany, że jest ważną postacią norweskiej sceny jazzowej. Gdy już go zobaczyłem na scenie gdańskiej, zorientowałem się, że kilka lat temu prawdopodobnie widziałem go na Jazz Jantar jako gitarzystę Nilsa Pettera Molværa i ten koncert właśnie z powodu gitary podobał mi się najbardziej z wszystkich (a było ich z pięć) koncertów Molværa jakie widziałem. Już po koncercie Ulver zajrzałem do sieci i okazało się, że to wierzchołek góry lodowej - Westerhus był między innymi członkiem Jaga Jazzist i Puma, grał z Janem Bangiem, Sidsel Endresen, Arve Henriksenem i wieloma innymi wybitnymi postaciami awangardy. To jednak było potem, a to, co pokazał w B90 w krótkim występie po prostu zbiło mnie z nóg. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to muzyk z aż tak szerokimi horyzontami, choć dzień wcześniej spotkałem Kubę Knerę z klubu Żak, który powiedział mi, że kiedyś widział jego występ solo na Unsoundzie w Krakowie i zakończył tak: "On grał tylko dwadzieścia czy dwadzieścia pięć minut, ale od tego czasu gitara elektryczna jest dla mnie czymś innym niż wcześniej". To samo mogę powiedzieć po jego supportowaniu Ulver w B90.

To nie był koncert jazzowy, Westerhus tym razem był kimś w rodzaju jednoosobowego Radiohead. Bardzo oryginalny post-rock z niesamowitym wokalem, niesamowicie twórcze wykorzystanie efektów gitarowych. Nie była to wirtuozeria w stylu Jimiego Hendrixa, ale jednak wirtuozeria. Ten facet wie o gitarze wszystko, ma ją przemyślaną na wylot i dotyka ją tylko w uzasadnionych przypadkach. To był miażdżący, rewelacyjny występ, który płynnie przeszedł w koncert Ulver.

 

Najpierw do Westerhusa dołączył jeden, potem drugi muzyk, po paru minutach na estradzie był już cały zespół. Był to koncert promocyjny "The Assasination of Julius Caesar" i zespół sumiennie odegrał cały album, osiem kompozycji uzupełnione o dwa numery z "Sic Transit Gloria Mundi" oraz bis, o którym będzie później. Najnowszy album Norwegów to jak wiadomo płyta synth-popowa. Oczywiście jest to synth-pop specyficzny, bazujący na wcześniejszych bogatych doświadczeniach Ulver z dark-ambientem, ale niewątpliwie zakorzeniony także w Depeche Mode z okresu "Black Celebration", Shriekback, Human League i w wielu innych brytyjskich formacjach z lat 80. Ten syth-pop miał metalową moc, i z utworu na utwór przeskakiwał a to na mieszankę alternatywnego rocka z housem jak w Primal Scream, a to w kraut-rocka, a to w formy bliskie EBM czy industrialu. Przeskoki udawały się tym lepiej, że śpiewał nie tylko Krystoffer Rygg, ale także Westerhus i jeden z pozostałych członków zespołu. Ulver udało się stworzyć coś, co zdarza się bardzo rzadko, czyli muzykę bardzo mocną, po prostu porażającą energią, ale równocześnie bardzo ciepłą i miękką dźwiękowo. Tego nie znajdziecie gdzie indziej i jest to duży krok w rozwoju tego zespołu. Jeszcze kilka lat temu nie uwierzyłbym, że na koncercie Ulver będą tańce, a teraz były, zwłaszcza w wykonaniu pań. Muzyka z "The Assasination of Julius Caesar" jest tak wielostronna, że każdy mógł czerpać z niej wybrane przez siebie energie i zachowywać się dowolnie. Czuło się wolność w powietrzu, co dziś w Polsce jest cenną, a nawet pożądaną okolicznością.

Osobnym tematem jest idealnie dobrana do nowej muzyki oprawa koncertów. Aż trudno uwierzyć, że tyle dało wycisnąć się ze świateł, laserów i animacji. W koncertowej ikonografii symbole związane ze starożytnym Rzymem przenikały się z popkulturowymi (laur to był wieniec zwycięzcy czy logo Freda Perry'ego?), ironia ze śmiertelną, a właściwie apokaliptyczną, powagą. Bo trzeba pamiętać, że co prawda był to taniec, ale taniec na koniec świata.

 

A na koniec? Na bis było "The Power of Love" Frankie Goes to Hollywood. Jeśli jest możliwy gej-metal, to właśnie wtedy go usłyszeliśmy.

 

fot. Karol Makurat


NAJNOWSZE RELACJE

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram Twitter

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2017 Soundrive