Then Comes Silence - "Blood"

W Sztokholmie funkcjonuje fantastyczny sklep pełen masek, przebrań, gum i lateksów. Nie wiem na pewno, ale śmiem przypuszczać, że muzycy Then Comes Silence spędzili w nim dużo czasu, bo zarówno w ich wizerunku, jak i w odświeżonym brzmieniu wyraźnie czuć grozę rodem z lat 80.

Trafiłem na nich w 2015 roku, tuż po premierze albumu "Nyctophilian", o którym w recenzji pisałem w samych superlatywach. Dla dopełnienia dziennikarskiego obowiązku doklejania etykiet, ukułem określenie "psychodeliczny gotyk", ale po dwóch latach straciło na aktualności. Wpływy post-punkowe i goth rockowe wysunęły się na pierwszoplanowe inspiracje, a zmiana nie wyszła Szwedom ani na lepsze, ani na gorsze. To po prostu nowe, równie interesujące oblicze.

 

Okładka i tytuł dużo mówią o tym wydawnictwie. Wampiryczny nastrój przenika przez oprawę graficzną w głąb kompozycji, ale daleko im do ponurej atmosfery charakterystycznej dla chociażby The 69 Eyes. Przypominają raczej zderzenie gotyku z latami 80., kadry ze znakomitego "The Lost Boys" Joela Schumachera czy kompromis pomiędzy twórczością The Sisters of Mercy, Bauhaus oraz Billy'ego Idola. Zapomnijcie o hałaśliwych gitarach z przebojowego "Animals" sprzed dwóch lat, Then Comes Silence A.D. 2017 ma na siebie zupełnie inny pomysł.

 

"The Dead Cry For No One" to wpadające w ucho otwarcie odegrane z hamulcem wciśniętym do oporu, lecz jedyne, przed czym Szwedzi chcą wyhamować to nagranie radiowego hitu. Czuć (tu i w wielu innych momentach albumu), że są o nutę, o wers od wygenerowania uzależniającej kombinacji dźwięków, ale tylko raz - w "Stange Kicks" - pozwalają sobie przekroczyć granicę, za którą komercyjny potencjał ich muzyki gwałtownie wzrasta. Wytypowanie akurat tego kawałka na główny singiel nie jest zaskoczeniem, a wytwórnia Nuclear Blast (dom Kreator, Paradise Lost czy Slayer) prawdopodobnie nie ma niczego bardziej skocznego w całym swoim rozległym katalogu.

 

"Blood" zawiera aż czternaście utworów trwających łącznie pięćdziesiąt dwie minuty i chociaż nie ma momentów odrzucających, to na przykład "My Bones", "In Leash" czy "Magnetic" sprawiają, że środek albumu staje się nieco monotonny i nużący. W tym przypadku mniej oznaczałoby lepiej, a odrzuty rygorystycznej selekcji doskonale sprawdziłyby się jako strony B singli czy innego rodzaju rarytasy. Na szczęście na finiszu (od bijącej tlenionymi włosami i skórami nabitymi ćwiekami ballady "Warm Like Blood") Szwedzi znów są w dobrej formie kompozytorskiej, a w ostatnich dźwiękach ("Blood Beat") przypominają o swoich psychodelicznych korzeniach.

 

Polska publiczność była jedną z pierwszych, które miały okazje usłyszeć "Blood" na żywo i to na ponad miesiąc przed premierą. Nieskromnie przyznaję, że to nasza zasługa - Then Comes Silence otworzyli dużą scenę klubu B90 podczas Soundrive Festival 2017 i było to otwarcie bardzo udane. Jeżeli czerń jest kolorem waszych duszyczek, musicie po ten album sięgnąć.


Nuclear Blast/2017


Oddaj swój głos:


NAJNOWSZE RECENZJE

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram Twitter

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2017 Soundrive