The Sisters of Mercy, od skrajności w skrajność

 

Jest wiele zespołów, które od kilku dekad zaprzestały nagrywania nowych utworów i sukcesywnie odcinają kupony od swoich wcześniejszych dokonań. Niewiele jest jednak zespołów, które pomimo takiej twórczej stagnacji, są w stanie przyciągnąć tłumy i zagwarantować organizatorom wyprzedany koncert. The Sisters of Mercy, niezależnie od formy muzyków i upływu czasu, niezmiennie znajduje się w tej drugiej grupie.

Swoją kolejną trasę koncertową The Sisters of Mercy rozpoczęło w sierpniu, a ci, którzy w oczekiwaniu na występ w gdańskim B90 na bieżąco przeczesywali internet w poszukiwaniu ostatnich relacji, nie do końca mogli na ich podstawie przewidzieć, czym tym razem zaskoczą (lub rozczarują) ich muzycy. Opinie były skrajnie różne - od zachwycania się nieprzemijającą, tajemniczą aurą na koncertach Siostrzyczek, po wyrazy żalu nad bezpowrotnie utraconym głosem Andrew Eldritcha. Koncert w B90 również nie rozstrzygnął sporu między fanami The Sisters of Mercy - część fanów wyszła zawiedziona, zarzekając się, że była to ostatnia szansa, jaką dali zespołowi; inni lojalnie bronili (i bronią) grupę, która, mimo mijających lat świetności, wciąż jest w stanie zachwycić liczne grono słuchaczy.  

 

Na otwarcie wydarzenia wybrano zespół The Membranes - powstała w 1977 roku w Blackpool grupa jest muzycznym rówieśnikiem The Sisters of Mercy, choć w ich wypadku czas był znacznie bardziej łaskawy. Wciąż w świetnej formie i pełni energii potrafili rozruszać nawet tych najbardziej niecierpliwych głównej muzycznej atrakcji. Bez problemu złapali kontakt z publiką, nie robiąc przy tym niczego na siłę: ich występ był ubogi w wizualne atrakcje, ale obecność, zaangażowanie, sceniczna ekspresja i parę niewymuszonych żartów ze strony czterech muzyków w zupełności wystarczyły, by rozruszać słuchaczy. Występ The Membranes zaspokoił oczekiwania wszystkich stęsknionym za post-punkowym brzmieniem lat 80. i przyjemnie upamiętnił wieczór tym, którzy mieli okazję widzieć zespół na żywo dokładnie trzydzieści lat wcześniej w Polsce.

Kultowe grupy muzyczne mają to do siebie, że lubią stawiać spore wymagania lub testować cierpliwość nawet najwierniejszych słuchaczy. Tu jednak muzycy postanowili nie przeciągać struny i na scenę wyszli niemal równo z planowaną godziną rozpoczynającą ich występ. Koncert otworzyli utworem "More", który już w pewien sposób zaznaczył, czego można się spodziewać przez kolejne półtorej godziny. Ledwo słyszalny przez mikrofon głos Andrew Eldritcha (dodatkowo skutecznie tłumiony przez resztę muzyków i Dr. Avalanche'a) raczej nie nastrajał nadziejami na poprawę wokalu - publika szybko zrozumiała, że nie ma co liczyć na cuda i pozostaje docenić to, co zostało z kultowego zespołu. Zdarzali się, co prawda, pośród tłumu tacy, którzy z zażenowaniem krzywili się na nikłe mruczenie wydobywające się z gardła Eldritcha; jest to w pełni uzasadnione niezadowolenie - idąc na koncert, spodziewamy się jednak, że muzycy będą starali się dać z siebie wszystko. Wokalista wydawał się jednak w pełni świadomy tych mankamentów, a jednocześnie niewiele sobie z tego robił. Słusznie przekonany o tym, że część publiki stanowią oddani fani akceptujący go w każdej formie, nie musiał na siłę udowadniać, że w walce z czasem wyszedł zwycięsko. Ta właśnie grupa słuchaczy niestrudzenie wykonywała wokalne partie głośniej niż Eldritch i prawie niezrażenie bawiła się do końca występu. Swoją dezaprobatę wyraziła wymownym buczeniem tylko w tych kilku momentach, gdzie ekipa techniczna The Sisters of Mercy nie poradziła sobie z nagłośnieniem, tworząc kilkusekundowe przerwy w wykonywanych utworach.

Na plus trzeba zaliczyć oprawę wizualną, gdzie zimne niebieskie światła i zadymiona scena idealnie oddawały klimat kompozycji The Sisters of Mercy. Nie zawiodła też setlista, bo w czwartkowym repertuarze znalazły miejsce niemal wszystkie największe przeboje (co przy relatywnie ubogiej dyskografii istniejącego od 40 lat zespołu było jednak dość oczywistym posunięciem). Po szesnastu utworach z planowanej setlisty, grupa uzupełniła występ o pięć kawałków bisowych, gwarantującym fanom usłyszenie na żywo sztandardowych utworów, takich jak "No Time to Cry", "Walk Away", "Temple of Love", "Lucretia My Reflection" czy "This Corrosion".  

 

Po koncercie nie braknie negatywnych opinii i lamentów rozczarowanych fanów - trudno nie zgodzić się z opinią, że to, co The Sisters of Mercy są w stanie z siebie dać na scenie to zaledwie mgliste wspomnienie ich czasów świetności. Z drugiej strony, muzycy niewiele stracili ze swojej nonszalancji, bezkompromisowości i aury tajemniczości, co, niezależnie od ich kondycji, będzie niezmiennie ściągało tłumy na koncerty. Z takim podejściem The Sisters of Mercy z powodzeniem będzie mogło odcinać kupony od swojej twórczości jeszcze przez następnych kilkanaście lat.

 

fot. Piotr Bardo


NAJNOWSZE RELACJE

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram Twitter

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2017 Soundrive