Brutus: Soundrive, dziękujemy za podążanie w tym kierunku

 

Soundrive Festival 2017 jest już historią, ale powracamy do niego raz jeszcze w rozmowie z Peterem Muldersem, basistą Brutus - zespołu, który dla wielu okazał się czarnym koniem imprezy.

Jarosław Kowal: Przed festiwalem nagraliśmy krótki materiał z lokalną młodzieżą reagującą na waszą muzykę. Większość była zaskoczona, widząc kobietę grającą na perkusji i śpiewającą jednocześnie, jedna z osób - słuchacz hip-hopu - powiedziała nawet: Jakby to był mój typ muzyki, to byłby pełen sztos. Często się to zdarza - z jednej strony ludzie są zaskoczeni, z drugiej szybko przekonują się do waszej muzyki?

Peter Mulders: To było naprawdę fajne wideo! I dobre pytanie. Chyba mogę powiedzieć, że ludzie faktycznie bywają zaskoczeni, gdy widzą Stefanie śpiewającą i grającą na perkusji w tym samym czasie, a poza tym to naprawdę świetne, że fanowi hip-hopu spodobała się nasza muzyka.

 

Jak grupa, która zaczynała jako tribute band Refused zyskała własną tożsamość i przemieniła się w Brutus?

To nie do końca tak... Nie zaczęliśmy jako tribute band Refused, jeden z dziennikarzy źle to zrozumiał i odtąd nieustannie jesteśmy o to pytani. Poznałem Stefanie, kiedy faktycznie zajmowaliśmy się zespołem nawiązującym do twórczości Refused, ale Brutus to kompletnie inna historia. Tak naprawdę Stijn i Stefani rozpoczęli działalność zespołu, a dopiero później zaprosili mnie do współpracy. Tak to w rzeczywistości wyglądało.

Trudno jest mi wyobrazić sobie sytuację, w której polski zespół nagrywa debiutancki album w Kanadzie z tak znakomitym producentem, jak Jesse Gander [współautor brzmienia między innymi Japandroids czy White Lung]. Jak udało się to wam zaaranżować?

Cóż, do wszystkich zespołów z Polski - po prostu napiszcie do Jessego! Jest zupełnie normalną istotą ludzką, super śmieszną, super miłą i wyjątkowo uwielbia sushi. Zrobiliśmy tylko tyle. Napisaliśmy do Jessego i tak zaczęły się rozmowy, przesłaliśmy kilka nagrań demo... A później polecieliśmy do Vancouver. Czas spędzony w Kanadzie był wspaniały, poświęciliśmy go z jednej strony na ciężką pracę w studiu, z drugiej na zwiedzanie miasta. Jesse był super-fajnym przewodnikiem turystycznym.

 

"Burst", efekt waszej pracy, zebrał przytłaczająco pozytywne opinie i szybko dostaliście propozycję wydawania dla Sargent House [wytwórnia takich artystów, jak Chelsea Wolfe, Red Fang czy Wovenhand]. Wygląda jak spełnienie marzeń, ale z drugiej strony czujecie presję powtórzenia tego sukcesu?

Jaka presja? [śmiech] Nie, masz rację. Recenzje i reakcje były naprawdę fajne i przytłaczające. Wydaje mi się, że nie będzie możliwe uzyskanie tego po raz kolejny i nie jest to, ani nic podobnego naszym celem. Po prostu robimy to, co robimy - robimy muzykę z ludźmi, których kochamy... Zobaczymy więc, jak to będzie z nowymi utworami i nowym albumem, sama przyjemność z pisania go i nagrywania będzie już czymś wspaniałym. Kiedy materiał będzie już nagrany i wydany, wtedy będziemy zastanawiać się nad całą resztą.

 

Są już jakieś nowe utwory?

Może [śmiech].

Wasze brzmienie podczas koncertów jest jeszcze potężniejsze niż na albumie, gdzie czujecie się lepiej? Na scenie czy w studiu?

Obydwa miejsca są świetne, ale także inne. Studio jest pewnego rodzaju "chwilą", gdy próbuje się uchwycić utwór w sposób, w jaki wszyscy go czujemy. Każdy koncert jest natomiast tym samym momentem wciąż powtarzającym się, a przez to także za każdym razem innym.

 

Macie sporo doświadczenia w graniu lokalnych koncertów, ale dopiero zaczęliście jeździć w dłuższe trasy. Jest tak, jak się tego spodziewaliście? Mieliście już jakieś dziwne przygody?

Nie specjalnie. Kiedy jedziemy w trasę, jesteśmy bardzo miłymi, niemalże nudnymi ludźmi, więc nie zdarza się nam wciągać w dziwne przygody. Dobrze się bawimy z ludźmi, których poznajemy, z ludźmi w naszej ekipie i z zespołami, z którymi gramy, a samo jeżdżenie w trasy koncertowe jest niesamowite. To jest najlepsze na świecie... Możliwość grania naszych utworów każdego wieczoru z ludźmi, których lubimy czy kochamy. Niesamowite!

 

Z mojego doświadczenia wynika, że trasy koncertowe to bardziej szukanie wygodnego łóżka i wi-fi niż "sex, drugs and rock'n'roll". U was musi to być szczególnie odczuwalne, zostawiacie na scenie mnóstwo energii. Jak dochodzicie do siebie, gdy macie kilka występów dzień po dniu?

Mamy jeden dzień wypoczynku co cztery albo maksymalnie pięć dni. Tego dnia regenerujemy się. Zwłaszcza dla Stefanie nie łatwo jest robić to każdego wieczoru, ale w pewnym sensie dawanie dużo energii na scenie oznacza też otrzymanie mnóstwo energii... Więc tak, zostawiamy dużo na scenie, ale scena i oglądający nas ludzie dają dużo w zamian. Wygląda na to, że wszystko się wyrównuje [śmiech].

Niewiele z tego zrozumiałem, ale wygląda na to, że jesteś także zaangażowany w edukację i nauczanie. Czym jest Klasse i jaka jest w tym twoja rola?

Czytałeś o mojej pracy? Super! Klasse jest częścią programu edukacyjnego w regionie flamandzkim. Staramy się, żeby nauczyciele stawali się silniejsi, przekazując im wiele inspiracji, wskazówek i sztuczek od ekspertów i innych nauczycieli. W tym celu publikujemy magazyn, mamy stronę internetową, newsletter, facebooka, twittera... Jako kierownik artystyczny dbam o to, żebyśmy wszyscy wyglądali i czuli się dobrze we wszystkich tych "kanałach". Na tym polega moja praca. Nie jest to połączone z Brutus w żaden sposób, poza tym, że mogę użyć moich zawodowych umiejętności także wewnątrz zespołu. Bywa to też zdradliwe, bo jeżeli za dużo myśli się o wyglądzie, komunikacji, facebooku i całej reszcie, przestaje to sprawiać wrażenie "prawdziwego". Niemniej we troje utrzymujemy wszystko w równowadze.

 

Na festiwalu Soundrive wystąpiliście na jednej scenie z artystami związanymi z hip-hopem, folkiem czy elektroniką. Macie inne podejście do takich wydarzeń nić do całkowicie rockowych imprez?

Uważamy, że jest to wspaniałe! Istnieją dwa rodzaje festiwalów. Niektóre wchodzą głęboko w jeden styl i wybierają wiele zespołów poruszających się w tym samym gatunki, dzięki czemu można uzbierać bardzo fajną publikę lubiącą twoją muzykę albo przynajmniej mieć pewność, że na osiemdziesiąt procent spodobasz się... Kiedy jednak wymiesza się to wszystko i zaszaleje, można dać ludziom coś, czego nie znajdą w swoich "odkryj w tym tygodniu" na spotify albo w "polecanych filmach" youtube. [śmiech]. To jest bardzo dobre dla zespołu i mam nadzieję, ze także dla publiczności. Soundrive, dziękujemy za podążanie w tym kierunku. Nie jest to najłatwiejsza ścieżka, ale powinna być znacznie częściej obierana! Mam nadzieję, że zainspirowaliśmy i dotknęliśmy kilku osób, które inaczej nigdy by się o nas nie dowiedziały.

 

fot. Oskar Szramka


NAJNOWSZE WYWIADY

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram Twitter

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2017 Soundrive